Szalokominiarki

pluton w gazmaskachZgodnie z zapowiedzią – dziś pierwszy wpis „prozatorski”. Na początek fragment powieści SPR. Zatytułowałem go „Szalokominiarki”, ale to czysto umowna sprawa. W pierwszym wydaniu książka nie miała w ogóle żadnych podtytułów, w drugim (na razie planowanym – o czym nieco szerzej w zakładce „WSPOMNIENIA Z SPR”) podział na rozdziały nastąpi. Ale na pewno dłuższe, tu postanowiłem prezentować krótkie, dające w miarę dobre pojęcie o klimacie całości scenki. Na „dzień dobry” wybrałem obrazek z samego początku – pluton na rozruchu, pojawia się nadgorliwy chorąży, stwierdza pewne niezgodności regulaminowe i… Scenka ogólnie fajnie wprowadza w rytm książki. Oczywiście – mam nadzieję – nie będzie to fragment jedyny, w kolejnych wpisach „prozatorskich” chciałbym cyklicznie do SPR-u wracać (w miarę nanoszenia – co też aktualnie czynię – poprawek do II wydania). Zresztą do innych opowiadań także powrócić tutaj mam zamiar, jednak na pierwszy ogień – zgodnie z obietnicą – idzie wątek koszarowy.

* * *

(…) Przestaliśmy truchtać. Każdy łapiąc dech marzył, by odcinek zwykłego marszu nie kończył się już do samych drzwi pododdziału. Podczas króciuteńkiej przechadzki nie było czasu na jakiekolwiek dyskusje. Ktoś gdzieś rzucił ukradkiem dławiącą się uwagę, tu i ówdzie rozległy się uśmieszki, ale rychło lepsze samopoczucie nas opuściło, bo ambitny przodownik zerwał się do kontynuowania biegu.
Niechętnie poderwaliśmy się także. Na wysokości stołówki przekrzywiliśmy głowy, aby dostrzec, czy po przeciwległej stronie placu, tuż przed wejściem do naszych apartamentów, zaszła jakaś zmiana. Początkowo nie zmieniało się tam nic, lecz gdy zostawiliśmy za sobą stołówkę i przecinaliśmy linię startową do sprintu na tysiąc, plutony powolutku zaczynały schodzić z oblodzonej bieżni. Wściekli poderwaliśmy się co sił i nasze tempo wyraźnie wzrosło. Energii dodawała nam niegramotna świadomość, iż tamci – teoretycznie będący przed nami, a praktycznie już udający się na odpoczynek – wcale nie musieli zrobić większej niż my ilości okrążeń. Wystarczało bowiem inteligentne spowalnianie całego marszobiegu, któremu znacznie bliżej było wówczas do marszu niźli biegu, nie rzucanie się zanadto w oczy, a następnie – zręcznie wyczekawszy odpowiedni moment – znalezienie się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.
Zasuwaliśmy bez ładu i składu po ostatniej prostej. Nawet zrównoważonemu na ogół przodownikowi udzielił się nastrój dziwnego podniecenia, gdyż finiszował jak inni. Wielu myślami było już chyba przy porannej toalecie, poprawianiu rejonów wewnętrznych, a może i przy śniadaniu, gdy raptem – podstępnie wyskoczywszy zza budynku pralni – drogę przeciął nam podstarzały chorąży. Miał prostokątną plakietkę wpiętą w panterkę na wysokości serca i pełnił, jak mogliśmy śmiało przypuszczać, służbę. Z pagonów z gwiazdkami, ale w obwódkach, łatwo można było wydedukować, iż gość opóźniający nasze zasłużone udanie się na krótki odpoczynek występuje w charakterze nie byle kogo, bo pomocnika oficera dyżurnego jednostki.
– Stać! – ryczał. – Stać! Zatrzymać ten pluton! – Zbliżył się do nas, kiedy już zrezygnowani zwiesiliśmy głowy na wysokości pralni. – Co to ma być? Wojsko czy banda przygłupów? No? Ściągać mi już te szalokominiarki!
Zły na siebie, zły na żołnierskich kompanów i zły na kretyńskie przepisy zdjąłem swój śmierdzący naftaliną ochraniacz z krtani.
– Ściągać szalokominiarki! – komenderował głośno pomocnik oficera dyżurnego jednostki. – Ściągać i układać je tu! – Machnął zamaszyście raportówką. – Pod tym drzewem!
Teraz już byłem bardzo zły. Nie tylko dlatego, iż toaleta nam się opóźnia, ale i dlatego, iż w nonsensownych okolicznościach muszę się rozstawać z powierzonym mi podczas wcielenia mieniem.
– No co jest, panowie? – burzył się chorąży. – Przecież niepotrzebne są wam te szalokominiarki! No już je składać! Ma być chujowo, ale jednakowo! A w ogóle to od kiedy na rozruchu wolno w szalokominiarkach? No od kiedy?
Skoro tak, nie było rady. Rozkaz to rozkaz. Podobno za niewykonanie grożą dwa lata. I oczywiście, jak w podobnych sytuacjach bywa, zrobiło się malutkie zamieszanie. Szyk czwórkowy zupełnie się rozleciał. Muszę przyznać, iż nie wszyscy mieli ze sobą służbową szalokominiarkę (pomni regulaminowych ostrzeżeń), ale ci, którzy mieli, dostali od wysoko postawionej figury jasne przykazanie i generalnie stosowali się doń (choć przy odpowiednim refleksie, bezczelności i brawurze można jeszcze było w ostatniej chwili skorzystać z przepastnej kieszeni morowych spodni).
A że posłuszeństwo, flegmę i bojaźń mam we krwi, schyliłem się niechętnie i położyłem na wydeptanym śniegu, tuż obok kolegów, moją przydziałową szalokominiarkę. Starałem się wybierać miejsce nie tyle czyste, ile charakterystyczne. Z naiwną nadzieją, iż pozwoli mi ono łatwiej odszukać użytkowane i, że tak powiem, osobiste mienie. Kiedy i w jakich okolicznościach, tego już nie zgadywałem. Nie miałem odwagi, ni wyobraźni, gdyż zależało to tylko i wyłącznie od widzimisię wszechwładnego pomocnika oficera dyżurnego jednostki.
– Dobra! – ryknął donośnie, gdy już kilkanaście szmat znalazło się pod ogołoconym z liści drzewem, a reszta demonstracyjnie nie wykazywała ochoty do pozbywania się czegokolwiek. – Uformować czwórki, dowódca na czoło i jazda! Na wprost biegiem marsz!
– Panie chorąży – odezwał się lękliwie nasz malutki prowadzący. – Dowódca pierwszej drużyny – przedstawił się regulaminowo – szeregowy podchorąży Dupoliz z zapytaniem.
– Słucham!
– Czy mogę kogoś oddelegować do tych szalokominiarek? Żeby nie zginęły, znaczy tego, no… Żeby się gdzieś nie zapodziały?
– Co ja powiedziałem? – warknął służbiście pomocnik oficera. – Uformować czwórki, dowódca na czoło i jazda! Na wprost biegiem marsz!
– Tak jest! – rzucił wystraszony Dupoliz i błyskawicznie dał nam sygnał do kontynuowania rozruchu.
Zrobiliśmy ogłupiałe miny, ruszając z miejsca i niepewnie odprowadzając wzrokiem pozostawianą na pastwę losu odzież.
– Niech który zostanie! – Malutki prowadzący przytomnie wrzasnął jednak po chwili. – Bo nam zapierdolą zety!
Najwyraźniej on także rozstał się ze swoją szalokominiarką.
Szybka decyzja i dwóch śmiałków oderwało się od grupy. Mieli farta, zresztą być może świadomie zachowali tyle przytomności, żeby wyczuć właściwy moment, kiedy to szastający niepopularnymi komendami pomocnik oficera dyżurnego tresował już kolejny potulnie nadbiegający pododdział. A przyznać trzeba, iż przy jednokierunkowym ruchu następni biedacy sami ładowali mu się w łapy.
Koledzy ze swoją misją oddalili się zatem dyskretnie, my biegliśmy przed siebie. Ale już bez niedawnej werwy. Humory nie dopisywały. Przynajmniej tym, którzy rozstać się musieli z częścią umundurowania. Dla nich dzień nie zaczynał się obiecująco.
Wreszcie dobiliśmy do celu. Niepalący posiadacze szalokominiarek przemyconych za pazuchą od razu udali się na górę. Pozostali postanowili warować, niecierpliwie wypatrując z palarni oddelegowanych współtowarzyszy.
Jakoż nadbiegły po nas chyba jeszcze ze dwa przetrzebione ze zgniłozielonych szalokominiarek plutony, a dostrzegliśmy powracających kamratów. Poruszali się chyłkiem przy drzewach, z rzadka otaczających plac apelowy. Na całe szczęście nieśli to, na co czekaliśmy.
Dorwałem jedną z przywleczonych przez kumpli szmat, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, iż na pewno nie tę, którą przed paroma chwilami składałem pod drzewem. Ci, którzy pomyśleli i zawiązali supełek, mieli ułatwione zadanie w odszukaniu zguby, ale ja – niestety jak i znakomita większość – nie pomyślałem i musiałem zdać się na stare wojskowe powiedzenie, iż sztuka jest sztuka. Nic w wojsku nie ginie, tylko zmienia właściciela. Zresztą nawet gdybym chciał – na szczegółowe dochodzenie nie było specjalnie czasu, gdyż misternie skonstruowany porządek dnia przywoływał do opamiętania.
Skoczyłem do wejścia. W tłoku podchorążych oglądałem pobieżnie swoją nową szalokominiarkę. Miała lekko jaśniejszy odcień ponurej zieleni, była sztywniejsza i twardsza, lecz jak tamta – też ją było czuć ohydną naftaliną przypominającą smar. Tym razem o nieco innym, ciut jak gdyby subtelniejszym, zabarwieniu. (…)

* * *

P.S. Fotka pochodzi z mojej prywatnej kolekcji. W 2003 roku posłużyła – nawiasem mówiąc – do zaprojektowania okładki pierwszego wydania książki. Oczywiście nie ma nic wspólnego z tytułowymi „szalokominiarkami” (a raczej z kombinezonami OP-1). Ale póki co – z braku laku – towarzyszyła będzie co niektórym fragmentom SPR-owskim.

Dane wpisu

Data
3 kwietnia 2010

Autor
Rafał Socha

Kategoria

Zostaw odpowiedź