Czas operacyjny
Pora na kolejny fragment książki SPR. Pododdział już po tzw. toalecie porannej i po śniadaniu – staje przed obliczem guru z dwiema gwiazdeczkami (czyli dowódcy kompanii – w tym wypadku ppor. Karakana). A że podporucznik dba o szczegóły, zagląda tu i ówdzie, to i… No właśnie. O tym poniżej. Dobierając fragmenty postanowiłem, że będę się trzymał powieściowej chronologii – skrótowo idziemy zatem razem z akcją (a tym samym i z niezwykle przeładowanym porządkiem podchorążackiego dnia). Jak pisałem ostatnio – wprowadzam sobie powolutku poprawki, myślę nad podziałem na rozdziały (czego nie było w pierwotnej wersji z 2003 roku). Dzisiejszy fragment pochodzi z rozdziału, który najprawdopodobniej będzie czwartym i nazwę go “Apel”. Ale to jeszcze nic pewnego, moje pomysły ewoluują i mogą – co oczywiste – ulegać pewnym przeobrażeniom. W każdym razie “na teraz” taką mam akurat koncepcję…
* * *
(…) Usłyszeliśmy od naszego dowódcy normalne poranne pierdoły. Że trzeba się przykładać, że starać, że dbać o wygląd i umundurowanie, że trzymać w metalowych szafkach porządek, bo wraz z majorem Demonem sprawdzają wyrywkowo i – jak ktoś ma bajzel – wypieprzają wszystko w trymiga, a na przepustkę po przysiędze można sobie będzie jedynie pogwizdać. Dalej: że się guzdramy przy spożywaniu posiłków i trzeba by podkręcić jeszcze znacznie tempo, że brudne „trójmiasto”, że wykładowcy zgłaszają nasze spanie na zajęciach i tak dalej, i tak dalej. Trwało to może z dziesięć minut. Na koniec Karakan zerknął na zegarek i zapytał rutynowo:
– Sprawy? Pytania?
Nie miałem żadnych wątpliwości. Po co się wychylać. I tak nic nie trzymało się kupy, a ja już trochę przywykłem. Czekałem w postawie zasadniczej na sygnał rozejścia się, bo nogi mi zdrętwiały.
– Panie poruczniku! – rzucił ktoś z prawej, z pierwszego plutonu. – Szeregowy podchorąży Pyskuś z zapytaniem!
Karakan, nieco tylko zdziwiony, zachęcił chłopaczka lekkim skinieniem głowy.
– Wczoraj – rozpoczął podchorąży Pyskuś – zabrakło dla nas dżemu. Przyszliśmy na kolację, ale wszystko już było zżarte, został tylko suchy chleb. Chciałem się zapytać, jak to jest? Czemu 101. kompania, co żre przed nami, dostaje cały przydział, a jak my przychodzimy, to kucharki mówią, że już nie ma?
Dowódca przez chwilę patrzył błagalnie w niebo, później skierował wzrok na stołówkę i zaraz potem na nas.
– Tak nie może być – oświadczył buńczucznie. – Wojsko nie może być głodne. Wojsko musi jeść.
– No właśnie – wtrącił się brzydko, bez pozwolenia, podchorąży Pyskuś. – Tak nie może być…
Karakan flegmatycznie uciszył go ręką, nie reagując specjalnie na nieregulaminowe zabieranie głosu.
– Wiecie, panowie – zwrócił się do nas poufnie. – Prawda jest taka, że chyba ten dżem zawieruszył się przypadkiem… Że panie kucharki coś tam, wiecie… Tłumaczyły, że zjadła 101. kompania, a przecież przydział jest i dla nich, i dla was… No wiecie… Musicie zrozumieć, jak to jest… Że gdzieś się zawieruszył… Ale ja się tym zajmę… Zobaczymy, może coś się uda zrobić…
Zapewnienie naszego guru musiało nam wystarczyć. Słowo oficera, jak w pewnym sensie można było je rozumieć. Osobiście nie roztrząsałbym całej sprawy, co zresztą zasugerował sam podporucznik Karakan, bo wiadomo, jak jest. A poza tym, czy o dżem się tu rozchodzi…
No właśnie. Po omówieniu sprawy dżemu okazało się natomiast, że jest jeszcze coś, co w żołnierskiej duszy gra.
– Panie poruczniku – odezwał się z kolei starszy kapral podchorąży Kwiecień, czyli tak zwany „skoczek”, bez konkretnego przydziału (był piątym z praktykantów, a zastępował któregoś z kolegów, jeśli ten miał służbę lub coś innego na głowie). – Już od dwóch tygodni nie byliśmy pod prysznicem. Kadeci z dołu nie chcą nas dopuścić, a chłopaki, jakby to powiedzieć, zaczynają śmierdzieć…
Karakan, zatroskany, znowu zlustrował obłoki na nieboskłonie, a zaraz potem spojrzał na nas po ojcowsku.
– Tak nie może być – oznajmił donośnie. – Wojsko nie może śmierdzieć, a przynajmniej nie w koszarach. Wojsko musi się myć. Wojsko musi być czyste. Jasne?
– No właśnie – potwierdził Kwiecień. – Tyle tylko, że kadeci z dołu…
– Ja się tym zajmę – obiecał wszechwładnie kochany podporucznik. – Dzisiaj wieczorem będziecie mieli prysznic.
Ze stu kilkudziesięciu gardeł wyrwał się radosny okrzyk podniecenia.
– Dziękuję – podziękował jeszcze głośno podchorąży Kwiecień.
– Jakieś inne sprawy? – zapytał Karakan. – Pytania?
Nie było już ani spraw, ani pytań. Nastąpiła za to komenda: „pierwszy szereg dwa kroki na wprost marsz!”, następnie: „pierwszy szereg w tył zwrot!” i Karakan, wraz z szefem kompanii, rozpoczęli swój cykliczny, ulubiony obchód. Nie robili go po każdym apelu, ale w sumie i tak bardzo często. Na tyle często, że nie bywał niespodzianką.
Stałem w przemieszczonym szeregu i teraz już naprawdę czułem podwyższony poziom mojej adrenaliny. Pozornie wydawało mi się, że mam czyste buty, spodnie, panterkę, maskę, poprawnie założony beret i że jestem ogolony. Niby wszystko było okej, tyle tylko, że właśnie na niby, a pozory lubią mylić.
Szef kompanii doglądał boczne plutony, stojącymi zaś centralnie zajął się osobiście dowódca Karakan. Maszerował bez pośpiechu utworzonym przez nas szpalerem, a towarzyszył mu taktownie chorąży Szczawowiński. My, podchorążowie, sterczeliśmy na baczność, bo jak przechodzi przełożony, to trzeba bezwzględnie prężyć się jak struna. Patrzeliśmy po sobie i zgodnie milczeliśmy. Każdy żywił nadzieję, że Karakan prędziutko opuści nasz pluton i pójdzie sobie wizytować następne. Ale dobrze i spokojnie było tylko do pewnego momentu, gdyż pod koniec, pod sam koniec naszego ugrupowania, po mojej stronie, właściwie przy mnie, podporucznik wypatrzył jednak coś podejrzanego. Moje mięśnie napinały się do granic możliwości, ale nie patrzyłem na przełożonego. Za wszelką cenę błąkałem się gdzieś nieuchwytnym wzrokiem, byleby tylko nie nawiązywać kontaktu z rozgwieżdżonym oficerem. A Karakan, niestety, zatrzymał się i nie zamierzał ruszać. Nie mogło to zwiastować niczego dobrego, bo na pochwały nikt z nas już właściwie nie liczył. Koledzy z przodu, widziałem wyraźnie, zaczynali się uśmiechać, ale my, ofermy z końca, mieliśmy co analizować, o czym myśleć i czego się obawiać. Ciśnienie skoczyło mi chyba do dwustu.
Wreszcie Karakan – ku mej radości, a rozpaczy sąsiada – zwrócił się do kolesia obok:
– Nazwisko?
– Szeregowy podchorąży Moczymorda! – zapiał tamten. – Melduję się na rozkaz, panie poruczniku!
Porucznik włożył ręce za parciany pasek i przez chwilę mierzył wzrokiem mordę Moczymordy.
– Kiedy się pan golił? – zapytał w końcu.
Eros tylko kwiknął.
– Dzisiaj – odparł drżąco. – Dzisiaj przed pobudką.
Znałem kolesia, bo był ze mną w pokoju, i wiedziałem doskonale, że nigdy nie wstaje przed godziną szóstą. W ogóle nie przykłada się specjalnie, lubi spać, ogląda świerszczyki i zdrowo popija. Nie przypominałem sobie, bym go kiedyś widział w łazience przed pobudką.
– Nieprawda – oznajmił Karakan. – Wcale się pan dziś nie golił.
Erotoniusz znowu cicho kwiknął.
– Przyzna pan? – pytał dalej dowódca. – No przyzna się pan?
Chorąży Szczawowiński, asystujący Karakanowi, podjął naraz próbę załagodzenia sprawy.
– Panie poruczniku – zwrócił się do swego pryncypała. – Ja ukarzę żołnierza. Od dziś przez miesiąc będzie się golił po każdym posiłku.
Karakana to widać nie do końca usatysfakcjonowało, bo skinął wprawdzie głową, ale zaraz uciszył ręką chorążego.
– Panie podchorąży – rzekł do wystraszonego Moczymordy. – Żołnierz powinien dbać o swój wygląd. Tak jest?
– Tak jest! – potwierdził zapytany.
– Proszę się więc ogolić – polecił raptem esteta. – Czas operacyjny: dwie minuty. Tak jest?
Moczymorda kwiknął po raz trzeci i trochę się zatrząsł.
– Rozkaz! – wykrzyknął smętnie, po czym stuknął obcasami, wykonał w tył zwrot i, obłapiając maskę oraz raportówkę, pognał co sił placem w stronę pododdziału. Nie patrzyliśmy za nim, bo sterczeliśmy odwróceni, a nie było przecież stosowanej komendy.
Karakan pooglądał nas jeszcze trochę, aż w końcu poszedł rewidować pluton trzeci. Oddychaliśmy z ulgą, a chorąży Szczawowiński wraz z kapralem Czereśniakiem obmyślali sobie głośno, jak tu najskuteczniej ukarać nieszczęsnego Moczymordę za brak wyobraźni i narażanie na szwank nieskazitelnego wizerunku plutonu drugiego.
– Wsadzę mu głowę do sedesu i szybko spuszczę – mówił podniecony Czereśniak.
– Nie zje obiadu – mruczał Szczawowiński. – Dam mu karne służby.
– Zamknę go na noc w kabinie…
– Będzie pełzał w masce…
– Mam – ożywiał się coraz bardziej nasz kapral. – Mam, panie chorąży, teraz już mam.
– No co tam? – spytał powątpiewająco Szczaw (jak go po cichu przezywaliśmy).
– A jakby mu nasrać do raportówki? – palnął podniecony Czereśniak. – Co, panie chorąży? Ja znajdę chętnego. Zaraz znajdę.
– Zobaczymy – oznajmił chorąży, bo z pododdziału wypadł naraz sam zainteresowany. – Jeszcze pomyślimy.
Nie widziałbym tego oczywiście, bo wraz z całym szeregiem byłem odwrócony, ale w pewnej chwili Karakan zaczął głośno dopingować:
– Dwie minuty! Dwie minuty! Miały być dwie minuty!
W końcu Moczymorda dobiegł do podporucznika. Zatrzymał się przed nim w szpalerze sąsiedniego plutonu i z szacunkiem zasalutował.
– Panie poruczniku – odezwał się zdyszany. – Szeregowy podchorąży Moczymorda melduje wykonanie rozkazu.
Karakan łypnął na zegarek.
– Co tak długo? – spytał niezadowolony. – Miały być dwie minuty. Dwie minuty! Tak jest?
– Tak jest!
– A pan się spóźnił. Co?
– Tak jest!
– Więc dlaczego pan się spóźnił? – rzucił Karakan. – Czy to ja nie wyraziłem się jasno, czy to pan taki głupi?
– Jak najbardziej jasno – podjął, świszcząc przy tym trochę płucami, koleś z pokoju 207. – Ja się starałem… Ja chciałem zdążyć… Ja się goliłem na sucho i…
Porucznik głośno zachichotał.
– Dobra – oznajmił w końcu wielkodusznie. – Niech to będzie nauczka. Dla pana i dla innych.
Moczymorda pokornie spuścił wzrok, a my bez słowa, w skrytości, zacisnęliśmy tylko pięści. Pomału zaczynałem mieć już dosyć tego typu kształcących nauczek. Każdy z nas był – było nie było – wykształcony, więc z trudem przychodziło nam pobieranie wciąż tych samych lekcji.
– Niech pan wraca do plutonu – rzekł Karakan do Erosa i jął dalej rewidować resztę podchorążych.
A Eros, notabene prawnik z wykształcenia, wrócił faktycznie. Wrócił do szeregu, tuż obok mnie i Wazka Dupoliza. Był niemiłosiernie pozacinany, z brody, z policzków i z nosa spływała mu krew. Za przyzwoleniem Czereśniaka wyjął w końcu chusteczkę i ukradkiem przetarł pokaleczoną twarz. (…)
* * *
P.S. Tym razem udało mi się już odnaleźć stosowne zdjęcie. Apel, cztery plutony – jak jeden mąż – wpatrzone w rozgwieżdżonego przewodnika, w tle “świniarnia”. Zupełnie jak w książce.