Zabezpieczenie logistyczne

rzutnikTrzeci fragment powieści SPR zatytułowałem „Zabezpieczenie logistyczne”. Pluton po apelu i defiladzie trafia na zajęcia teoretyczne. Czyli tam, gdzie podchorążowie – przynajmniej teoretycznie – na szkółce bardzo dużo czasu spędzać powinni. Spędzać i zdobywać wiedzę, rzecz jasna. Jak z tym bywało? Ano różnie. Próbkę możliwości wykładowców prezentuje w miarę sugestywnie dzisiejszy fragmencik. Logistyka, zaaferowany kapitan, wygłodzeni i niedospani słuchacze, problemy techniczne… Standard. Fragmencik pochodzi z rozdziału 5 (uwzględniając mój zamiar podzielenia książki na części – co nastąpi w II jej wydaniu).

* * *

(…) Tyle co usadowiliśmy się w ławeczkach, wyjęliśmy z raportówek po służbowym ołówku i zeszycie, a do upstrzonego schematami czołgów audytorium wkroczył kapitan Logiczny. Obrzucił nas przenikliwym spojrzeniem, ale na więcej nie miał czasu, bo zerwał się do niego czym prędzej kapral Czereśniak i zastąpił drogę.
– Baczność! – ryknął jeszcze na „dzień dobry”.
Podnieśliśmy nasze zady i wyprężyliśmy ścięgna. Poprawiając maskę przy boku, obserwowałem bujną czuprynę Logicznego, wypolerowane oficerki i wyjątkowo niechlujnie poluzowany pas. Z takim pasem, u podporucznika Karakana, wyleciałby jak nic z każdego apelu.
– Panie kapitanie! – piał nasz młody podoficer. – Starszy kapral podchorąży Czereśniak melduje grupę dziewięćdziesiątą szóstą gotową do zajęć. Stan grupy: trzydziestu, obecnych: trzydziestu, nieobecnych: zero. Na służbie…
– Dziękuję – przerwał mu w końcu Logiczny. – Dajcie spocznij.
– Rozkaz! – huknął Czereśniak i odwrócił sprężyście głowę. – Spocznij! – wrzasnął do nas tak, jakbyśmy znajdowali się gdzieś na drugim krańcu jakiegoś wielohektarowego pola. – Siadać! – dodał jeszcze po chwili, więc zajęliśmy na powrót nasze miejsca. Wraz z Wazkiem Dupolizem i Peterem Pepperem znalazłem się niemalże idealnie naprzeciw kapitana Logicznego, który dał łaskawe przyzwolenie Czereśniakowi, by ten cicho wymknął się na korytarz.
Drzwi zamknęły się za naszym kapralem, a my w skupieniu przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Znaczy kapitan Logiczny zaspanym i głodnym podchorążym z podkrążonymi oczami oraz burczącymi brzuchami, a podchorążowie wysportowanemu i wypoczętemu oficerowi w lśniącym obuwiu oraz poluzowanym pasie.
– No i jak? – Smagły oficer zagadał do nas pierwszy. Oczywiście nikt się nie odezwał. – Jak wam się podoba? – ciągnął Logiczny. – Jak wam się podoba w naszym sanatorium? Fajnie? Co?
– Zajebiście – rzucił ktoś półgłosem.
Logiczny zachował się konwencjonalnie, a mianowicie – nie dosłyszał uwagi. Podniósł się za to zza biurka i podszedł do rzutnika. Długo szperał coś przy wyłączniku, aż w końcu doszedł do wniosku, pstrykając bez efektu, że coś jest nie tak. Rozejrzał się po sali i wnet jakiś bardziej rozgarnięty podchorąży podpowiedział mu nieśmiało, iż wtyczka nie jest wetknięta w gniazdko. Kapitan złapał za kabel i przyciągnął końcówkę do siebie, a następnie wcisnął bolce w najbliższe gniazdo.
W rzutniku coś zapiszczało, zajęczało, błysnęło i raptownie zgasło. Logiczny bez słowa przyglądał się martwej żarówce.
– Chyba zwarcie? – zapytał po chwili nie wiadomo kogo. – Co?
Jako że na sali – obok nauczycieli, prawników, artystów, ekonomistów, humanistów, językoznawców – przebywali też inżynierowie, oficer miał pełne prawo oczekiwać odpowiedzi.
– Nie. – Znalazł się naraz odważny podchorąży. – Miał pan pecha i trafił na przepięcie.
Logiczny zlustrował elektryka wnikliwym spojrzeniem, ale chyba ostatecznie uznał tę odpowiedź za rozsądne wyjaśnienie.
– To spróbujemy z drugim? – zagadnął. – Co?
– Myślę, że tak – oświadczył tamten podchorąży.
Kapitan skinął na owego gorliwego asystenta, którym okazał się być podchorąży Ryś, i obaj prędko wyszli z audytorium. Siedzieliśmy początkowo w miarę cicho i grzecznie, ale po jakimś czasie, kiedy oficer nie powracał, paru kolegów zaczęło krążyć po sali. W końcu któryś z nich wyjrzał na korytarz, a po chwili wyskoczył z pracowni. Do pioniera dołączyli pozostali, więc w sali nieco się poluzowało.
Po kilkudziesięciu sekundach zjawili się dwaj pierwsi podchorążowie z kawą. Reszta popatrzyła na nich z zazdrością, by raptem – jak jeden mąż – rzucić się do drzwi. Wraz z nurtem ludzkim wypłynąłem na szeroki przestwór korytarza, gdzie we wnęce – przy ławeczkach, stoliczku i ścianie z militarnymi obrazkami – znajdował się kawowy automat. Przed obliczem urządzenia kumulował się ogonek chłopaków, z napięciem wydobywających rozdrobniony bilon.
Ustawiłem się prędko pod koniec kolejki. Posuwała się ona sprawnie i szybko, bo mieliśmy już wpojone działania skuteczne i zdecydowane. Z trwogą zerkaliśmy w głąb korytarza, ale przemożne pragnienie skorzystania z używki przewyższało skromne obawy o ewentualną reakcję kapitana Logicznego.
Nie mam pojęcia, ile mogło trwać nasze nabywanie gorącego napoju. Dość powiedzieć, iż wszyscy chętni zostali załatwieni pozytywnie. Wracaliśmy chyłkiem do sali i zajmowaliśmy opuszczone miejsca, a z dwudziestu paru kubeczków unosił się zgodnie dymek aromatycznej pary. Tu i ówdzie słychać było znaczące siorbanie. Gimnastykowałem umysł, parząc palce oraz podniebienie, jak tu ukryć swą zdobycz przed prowadzącym wykład oficerem. Póki nie wracał, sprawa była prosta, ale wypić cały wrzątek w minutę czy dwie – to już nie wchodziło w grę. Należało znaleźć schowek, zanim powróci kapitan. Sądzę, iż podobnie kalkulowała sobie znakomita większość podchorążych, gdyż oficerowie różnie reagowali na widok kawy – czy w ogóle napojów – u podchorążych. Jedni zauważali, że skoro sami niczego nie pijają, tak i my nie powinniśmy, inni w ogóle wyrzucali z zajęć razem z ową kawą, jeszcze inni pozwalali siorbać – jednakże z zastrzeżeniem, aby opróżnione kubki lądowały później w koszu, a nie walały się po sali. To trzecie podejście było oczywiście najbardziej ludzkie i muszę przyznać, iż nie takie rzadkie. Myślałem sobie wtedy, że chyba sami wykładowcy co nieco pamiętają ze swej młodości, wiedzą jak to jest chodzić przez szesnaście – albo i więcej – godzin na pełnych obrotach, stąd też takowa taryfa ulgowa. Z reguły im wyższy stopień, tym bardziej liberalne preferowali zasady, choć oczywiście żadna to była prawidłowość. Ale nie przypominam sobie, by jakiś pułkownik zachował się nieelegancko i wyrzucił kogoś z kawą.
No właśnie. Niestety kapitan Logiczny zaliczał się do grupy pierwszej. Czyli nie tolerował popijania, lecz można jeszcze było – pozbywszy się kubka – wrócić na zajęcia. Posiadanie kawy nie równało się u niego nieobecności i późniejszego zaliczania, więc być może dlatego tak ochoczo decydowaliśmy się na zakup przedpołudniowego specyfiku, który wszakże trzeba było skrywać. Mieliśmy jednak trochę szczęścia, bo okazało się, iż kapitana całkowicie pochłania sprawa rzutnika, bez którego oczywiście żadne zajęcia nie mogłyby się odbyć.
Wrócił do sali i z przejęciem dyrygował podchorążym Rysiem, który z kolei przytachał jakąś ogromną walizę. Logiczny polecił mu usunięcie starego urządzenia z przepaloną żarówką i ustawienie na jego miejscu zdobycznej walizy. Następnie podniósł klapę, wyciągnął ze środka biały kabel i przez ułamek sekundy ważył go w dłoni.
– To co? – zapytał wreszcie Rysia. – Włączamy?
– Tak, panie kapitanie – potwierdził inżynier elektryk. – Miał pan pecha, ale teraz powinno być już dobrze, powinno być okej.
Logiczny pooglądał jeszcze trochę białą wtyczkę, by w końcu wetknąć ją do gniazdka. W walizce znowu coś pisnęło, jęknęło, błysnęło i raptownie zgasło. Kapitan skrzywił się z niesmakiem.
– Ja tego elektryka muszę porządnie pogonić – rzekł niepocieszony. – Tak nie może być. Kto za to zapłaci?
– Ale panie kapitanie – podjął wystraszony Ryś. – Ja to panu zaraz wytłumaczę, wytłumaczę naukowo… Ma pan niesamowitego pecha… Jak pan spojrzy na sinusoidę, to…
– Nie pana pogonię – przerwał mu głośno Logiczny. – To nie pana wina.
Nasz kompan odetchnął sobie z ulgą, ale postanowił nie osiadać na laurach.
– Gdyby pan kapitan miał jeszcze jeden rzutnik – rozpoczął nieśmiało – to moglibyśmy spróbować z innym gniazdkiem… Teraz już powinno być okej… Naprawdę…
– Zobaczymy – zamyślił się Logiczny. – Może ktoś pożyczy. – Zatrzasnął klapę walizy i wręczył ją Rysiowi. – Wy tu czekajcie – mruknął do nas – a my z kolegą podchorążym zaraz wracamy.
Wyszli na zewnątrz, myśmy natomiast rzucili się z radością do naszych – leciuteńko już przestudzonych – kaw. Wypiłem prędziutko całą zawartość, wyrzuciłem szybciutko plastikowy kubeczek do kosza na śmieci i powróciłem na swoje miejsce. Inni także uwinęli się migiem, więc już pokrzepieni, zadowoleni i weselsi – jak gdyby z bardziej pozytywnym nastawieniem – zaglądaliśmy do zeszytów, by odświeżyć coś tam jeszcze sobie w głowie z szerokiego zakresu zabezpieczania logistycznego wojsk.
Przebiegałem wzrokiem notatki o ilości, jakości, miejscu, czasie, technice, materiałach, medycynie, transporcie, środkach bojowych, ewakuacji rannych, grzebaniu poległych i zmarłych, gdy w sali ponownie zjawił się kapitan Logiczny z podchorążym Rysiem. Tym razem przynieśli ze sobą jakieś ogromne pudełko, które ustawiono na miejscu walizy. Oficer porozcinał scyzorykiem taśmę, rozerwał boki pudła i obnażył dziwaczne urządzenie. Przypominało nieco rzutnik, chociaż jakiś taki futurystyczny. W każdym razie, po staremu, posiadało kabel, posiadało też i wtyczkę, więc kapitan, westchnąwszy sobie głośno, zbliżył się do gniazdka. Podchorąży Ryś zaproponował, by teraz już nie włączać tam, gdzie było zwarcie, lecz spróbować lepiej do innego. Kapitan z uwagą wysłuchał opinii eksperta, po czym, z kamiennym obliczem, wsadził bolce w inny otwór.
Czekaliśmy chwilkę, coś jakby pisnęło, jęknęło, błysnęło, ale już nie zgasło. Futurystyczny rzutnik rozpalił się pełnym blaskiem, a kapitan głośno odetchnął. (…)

* * *

Dalej następuje już właściwy wykład kapitana Logicznego, z logistyką bardzo luźno jednak powiązany… Ale o tym dokładniej w książce.

Dane wpisu

Data
1 maja 2010

Autor
Rafał Socha

Kategoria

Zostaw odpowiedź