Poobiedni rozruch
Starając się zachować dwutygodniowy rytm dodawania nowych wpisów prozatorskich, prezentuję dziś czwarty fragment powieści SPR. Oczywiście wciąż idziemy chronologicznie, poprzednia scenka opisywała zajęcia teoretyczne (a w zasadzie ich wycinek). Dalej w książce następują kolejno “przedobiednie” wykłady oraz ćwiczenia praktyczne plutonu (a więc po logistyce z kapitanem Logicznym i po jego problemach technicznych z rzutnikami: taktyka, musztra na placu apelowym, wychowanie fizyczne oraz – odbywane już poza jednostką – strzelanie). Na zakończenie bloku ćwiczeniowego podchorążowie wracają na plac apelowy. Porucznik Karakan podsumowuje dzień, informuje o planach wieczornych i życzy smacznego. Następuje przemarsz na obiad, no a później pluton wraca na kompanię. Niestety nazbyt nonszalancko… Poniższy fragment jest częścią rozdziału 10. Nawiasem mówiąc rozdziałów będzie 24 (w aktualnie przygotowywanym przeze mnie II wydaniu). Coś jak symbolicznie podzielona na godziny, intensywna doba z życia podchorążego w kilskim SPR.
* * *
(…) Oddaliśmy tace młodziutkim kuchcikom, przemyliśmy kubki i zeszliśmy na dół przed stołówkę. Słońce stało już nisko, za jakąś godzinę – może półtorej – ściemni się jak nic, tak sobie pomyślałem i leniwie dołączyłem do pierwszego szeregu. W ogóle – nie wiem z jakiego powodu – udzielił nam się wszystkim raptem nastrój jakiegoś takiego dziwnego rozluźnienia, względnie rozleniwienia. Nawet Czereśniakowi, od jakiegoś czasu nie poganiającemu jakoś nikogo z właściwym sobie zapamiętaniem. Jasna sprawa, że tego rodzaju nagłe rozluźnienia nigdy nie zwiastują niczego dobrego. Teraz prawdę już tę znam, ale powiedz to, bracie, zmęczonym chłopaczkom, co podjedli, popili i zamarzyli niepoprawnie, żeby tak uwalić się gdzieś na wyrze i podrzemać w ciszy choć te pół godziny.
Uformowaliśmy niedbały dwuszereg, „w czwórki, w prawo zwrot!” wykonaliśmy jeszcze bardziej niefachowo, ruszyliśmy zaś w stylu, który zwyczajnie wołał o pomstę do nieba. Kapral trochę pogderał, ale i tak szliśmy zupełnie różnymi krokami. Ktoś bąknął coś o piosence, lecz zaraz został zakrakany i po dwóch wersetach spasował. Czereśniak nie zabrał wyraźnego stanowiska, też mu widać wszystko jedno było – bo pewnie również wyobrażał sobie ów gładziuteńki wóz oraz pół godziny czasu do zagospodarowania wedle własnego uznania.
Dochodziliśmy tak sobie do linii, spod której na zajęciach z wychowania fizycznego następował sprinterski start, do tej samej linii, przy której rankiem zgarnął nas podstarzały chorąży i zażądał pozbycia się szalokominiarek, gdy wtem – zza tego samego winkla, dokładnie zza tego samego narożnika pralni – wyłonił się naraz z gracją major Demon. Postać niezwykle popularna, nie potrzebująca jakiejkolwiek rekomendacji – major Demon, po prostu on, we własnej osobie. Nic dodać, nic ująć.
– Stać! – rozdarł się na cały regulator. – Stać! No, panie Czereśniak! Zatrzymaj pan to towarzystwo! Zatrzymaj pan ten pluton!
Wyrównaliśmy błyskawicznie wszystkie czwórki, wyprężyliśmy się jak struny i prawidłowo ulokowaliśmy kubeczki na parcianych paskach. Niestety – za późno. A używając terminologii kulinarnej – coś jak musztarda po obiedzie.
– Widzę, panowie – mówił major – że nauka idzie w las. Że nie umiecie maszerować, że nic nie umiecie. Że, jak Boga kocham, że nie nadajecie się do niczego. Nie potraficie maszerować, chociaż przysięga za pasem, co? No, panie Czereśniak? Słucham pana. Słucham pana wyjaśnień.
Kapral, podobnie jak i my, również spuścił wzrok i w milczeniu przebierał z nogi na nogę.
– Przepraszam, panie majorze – oznajmił w końcu ze skruchą. – To się więcej nie powtórzy.
Smagły major o pofarbowanych, kręconych, kruczoczarnych włosach tylko ironicznie zachichotał. Przygładził mundur, który leżał na nim idealnie i – jak jakiś rzymski wódz – uniósł wysoko dłoń w skórzanej rękawiczce.
– Wykonacie teraz, panowie – przemówił donośnie – biegiem na misia trzy pełne okrążenia wokół tego oto placu apelowego. Tak jest?
– Rozkaz! – zapiał pospiesznie Czereśniak, dając jednocześnie znak Dupolizowi, by ten udał się na czoło kolumny.
– Ale pan też wykona te okrążenia! – rzucił major do zamurowanego na amen kaprala i, ze stoickim spokojem, ruszył w kierunku żołnierskiej stołówki. – Przecież to pana pluton! – doleciało jeszcze gdzieś z tyłu.
Nie wiem, czy oficer obserwował nas dalej, czy po prostu poszedł na obiad, bo nikt nie śmiał się odwracać. Skwaszony Czereśniak popatrzył na nas z wyrzutem, a potem – ustawiwszy się na czole – z ciężkim sercem zakomenderował:
– Pluton baczność! Za mną, na misia biegiem marsz!
Cwałowaliśmy śmiesznie wyrzucając to prawe ręce i nogi, to znowu lewe. Ale nieporadność kroku na misia nie była największą dla nas przeszkodą tego poobiedniego rozruchu, a fakt, iż zasuwać musieliśmy z pełnymi brzuchami. Przy kantynie coś mi zabulgotało, złapały mnie raptem nieprzyjemne mdłości i jakiś skurcz. Ze strachem w oczach trzymaliśmy się za żołądki i z ledwością zachowywaliśmy jako takie tempo. Minęliśmy drugi zakręt, potem stołówkę. Kręcili się tam już jacyś inni podchorążowie z kubkami i niezbędnikami. Wyprzedziliśmy nawet pluton trzeci, co powracał z posiłku. Początkowo docinali nam rubasznie, lecz gdy tylko pomocnik uzmysłowił im trzeźwo, za co i po co my tak w ogóle tutaj hasamy, od razu wyrównali ugrupowanie, mocniej przybili i podjęli z zapamiętaniem utwór “Serce w plecaku”.
Więc wyminęliśmy ich w locie. Gdyśmy zbliżali się do palarni, ktoś z drugiej czwórki raptem wrzasnął, że już dłużej tak nie może, że już dłużej nie wytrzyma. Czereśniak nakazał zwykły marsz, ale okazało się, że i tak było za późno, gdyż koleś z przodu – ni mniej, ni więcej – zwymiotował sąsiadowi na plecy. Momentalnie, jak piłki, odbiliśmy się od śladów pomidorówki i nadtrawionego pulpeta. Kapral obejrzał się za siebie, pomyślał chwilę, aż w końcu zadecydował.
– Na pododdział! – huknął. – Ale już!
Rzuciliśmy się do drzwi, nikt nawet nie zająknął się o żadnym paleniu. Wbiegliśmy szybko na górę i poupychaliśmy w szafkach kubki. Spoczęliśmy na taboretach, po czym zadumaliśmy się nad prostym zapytaniem: zauważy czy nie? (…)
* * *
Ano tak… Pododdział został pogoniony. Normalka. W tym miejscu – plus minus – jest środek książki. Doba biegnie jednak dalej, więc i podchorążowie za bardzo liczyć na taryfę ulgową nie mogą, o odpoczynku z prawdziwego zdarzenia nie wspominając. Oczywiście z cytowania co ciekawszych fragmencików na razie nie rezygnuję. W kolejnych wpisach przedstawię jeszcze kilka dalszych scenek, należycie – mam nadzieję – oddających klimat powieści.