Eksperyment medyczny

w gabinecieDziś króciutki fragment z wojskową służbą medyczną w tle. Pododdział zostaje zagoniony do naprędce zorganizowanego gabinetu lekarskiego. W jakim celu? Odpowiedź poniżej. Napięty, przygotowany przez podporucznika Karakana program dnia podchorążowie realizują zatem konsekwentnie. “Medyczny” fragment nie jest jakimś wyjątkowym, w zasadzie trudno nawet powiedzieć, by dla SPR był typowym, no ale przydaje książce kolorytu i ułatwia czytelnikowi – mam nadzieję – odpowiednie “wczucie się” w klimat ciągłej niepewności, stresu i braku jakiejkolwiek informacji. A w takiej to atmosferze trzymano przecież stada kandydatów na przyszłych oficerów rezerwy…

* * *

(…) Czekaliśmy też niecierpliwie na zmianę stroju na kompanii i – trzeba rzec – wkrótce doczekaliśmy się, choć na zmianę bardzo nietypową – góra skóra, dół po staremu (czyli moro i opinacze). Zdziwieni odpinaliśmy pasy, zdejmowaliśmy maskujące marynarki oraz koszulki koloru khaki, a następnie – obnażeni do pasa – dywagowaliśmy niewesoło na twardych taboretach.
– Pierwszy i drugi pluton, zbiórka przed biurkiem podoficera! – zakrzyczano raptownie, przerywając nasze zgadywanki.
Wyleźliśmy i w jakieś sześćdziesięciu chłopa, po porachowaniu nas przez dwójkę kaprali, kazano zejść całości piętro niżej – na 101. kompanię. Tam pierwszy pluton od razu zniknął w świetlicy, my zaś ustawiliśmy się w kolejce przy ścianie. Tutejsi podchorążowie częstowali nas ironicznymi uśmieszkami, ale nie byli specjalnie rozmowni. W ogóle prędko poznikali we własnych komnatach, ostentacyjnie zamykając wszystkie wrota przed naszymi nosami.
Minęło paręnaście minut, a pluton pierwszy wylał się na korytarz. Wszyscy mieli skwaszone miny, gdzieś powyżej łokcia trzymali się za obnażone kończyny i dociskali do skóry białe kawałeczki waty. Trochę nas to zaniepokoiło. Koledzy – szybko udający się na górę – zdążyli poinformować nas jeszcze półgębkiem, żeby być przygotowanym na solidne kłucie.
W końcu dostaliśmy zaproszenie do środka. Świetlica była tu podobna do naszej, zaopatrzona w telewizor oraz regały z militarnymi pisemkami, masę krzesełek, trochę mniej stoliczków oraz przepierzenie, które było jednak rozwarte na oścież. Pod oknem stały kwiatki. Wokół ścian porozstawiano siedziska, przy stolikach siedzieli dwaj młodziutcy żołnierze z ogromnymi kajecikami, a także – nieco dalej – jakiś brodaty jegomość w białym kitlu i z ogromnym, złotym sygnetem na palcu. Po całym pomieszczeniu kręciły się dwie ponętne, choć niemłode już pielęgniarki z długimi włosami.
Nastąpiło wyczytywanie ciągu nazwisk w kolejności alfabetycznej. Chłopaki podchodzili po kolei do ewidencjonujących pisarzy, później do lekarza, który badał ich bardzo pobieżnie i pielęgniarek, wstrzykujących coś tam pod skórę. Znalazłem się pod koniec kolejki. Niektórzy grymasili przy lekarzu, kilku kolegów zażądało wyjaśnień, ktoś poprosił nawet – zdaje mi się, że podchorąży Spławik – o termometr, utrzymując, iż nie czuje się najlepiej.
Przyszła kolej na mnie, podałem dane młodziutkiemu pisarzowi. Były to bardzo różne rzeczy, począwszy od imienia ojca, daty urodzenia, wagi i wzrostu, a skończywszy na szkolnych osiągnięciach sportowych, przekonaniach politycznych i preferencjach seksualnych. Później lekarz – wraz z jedną z pielęgniarek – obejrzał mnie sobie przelotnie, zapytał o choroby w rodzinie i zmierzył ciśnienie. W czasie owego pomiaru, kiedy starałem się uspokoić rozpędzające się na widok białego fartucha tętno, siostra odezwała się cichutko do lekarza:
– Panie doktorze.
– No – mruknął doktor. – Co tam?
– Tamten podchorąży, ten Spławik, jest jednak bardzo chory…
– Ee, tam…
– Ma wysoką temperaturę.
– Ee, tam… Nic mu nie będzie.
– Panie doktorze. – Pani w białym kitlu nie dawała za wygraną. – Ale on ma naprawdę bardzo wysoką temperaturę…
– To znaczy?
– Trzydzieści dziewięć i osiem dziesiątych.
– No i co z tego? – zapytał doktor.
– Może by go tak faktycznie pozostawić na izbie chorych?
– Ee, tam – bąknął doktor i zamyślił się głęboko. – A co on tam u nas będzie robił? – Lekarz rozwiał wątpliwości nadgorliwej pielęgniarki, rozwiał też i moje, informując po chwili, że wszystko jest w porządku i mogę stawać w kolejce po zastrzyk.
Tak też uczyniłem. A kiedy już usiadłem na taboreciku przy stole pełnym strzykawek, druga z kobiet zapytała, w którą wolę rękę. Wybrałem lewą, pani zdezynfekowała mi skórę, nabrała jakiejś tajemniczej cieczy i wbiła igłę. Ukłucie przetrzymałem po męsku.
Z watką na ranie ustawiłem się przy drzwiach, gdzie czekało już sporo kolegów. Jako ostatni ugodzony został podchorąży Spławik, po czym on także dołączył do swoich. Całą gromadą wyszliśmy na korytarz, gdzie kumulowały się już dwa pozostałe plutony.
Dopiero w pokoju zaczęło się z nami dziać coś niedobrego. Każdemu wystąpił ohydny rumieniec na twarz, zaczęło nas trząść i ogólnie ogarnęło nieznośne zimno. Za pozwoleniem podoficera oblekłem prędko koszulkę i moro, ale wciąż było mi zimno i zimno. Tuliliśmy się do kaloryferów, pomstowaliśmy na cholerną szczepionkę, będącą w istocie nie wiadomo czym. Kto wie, czy nie jakim testem, eksperymentem, próbą na bezimiennej masie. Nasze fantazje pobudzał podchorąży Pepper, snując przerażające opowieści o tajemniczych doświadczeniach medycznych przeprowadzanych na wojsku, o znikaniu żołnierzy i egzotycznych chorobach, ujawniających się na długo po zakończeniu przez nich służby. (…)

* * *

Inne przykłady wspomnianego na wstępie stanu ciągłej “niepewności, stresu i braku jakiejkolwiek informacji” – w tym umiejętnego “unifikowania” oraz “prania mózgów” – oczywiście już niedługo w kolejnych fragmentach.

Dane wpisu

Data
29 maja 2010

Autor
admin

Kategoria

Zostaw odpowiedź