Opowieść kaprala
Dzisiejszy fragment zatytułowałem dokładnie tak, jak jeden z rozdziałów powieści (a wiedzieć trzeba, że dotychczas starałem się tego unikać – to znaczy tytuły scenek świadomie rozmijały się z książkowymi). Tym razem jednak o celniejszy tytulik byłoby mi trudno… Rozdział ten jest piętnastym, natomiast jeżeli chodzi o cytowanie powieści SPR na niniejszej stronce – poniżej odsłona szósta. W sumie tych fragmencików planuję tutaj 10. Jeżeli kogoś zainteresują – polecam książkę. Oczywiście wciąż istnieje tylko wersja z 2003 roku (wydanie pierwsze), jednakże poprawki i uzupełnienia mam już na ukończeniu – i będę “walczył” o wznowienie. Szerzej o tym zamiarze w zakładce “WSPOMNIENIA Z SPR”. A sama scenka odbywa się po kolacji. Podchorążowie znów wracają z posiłku, tym razem kapral Czereśniak wspaniałomyślnie “wykrawa” już jednak dla nich troszkę czasu i umożliwia zrealizowanie skromnych zakupów u lokalnego biznesmena. Przy okazji snuje opowieść, zaznajamiając podopiecznych z zagrożeniami, jakie czyhają na nich podczas służby wartowniczej…
* * *
(…) – Panie kapralu – rzucił Wesołek, gdyśmy wydostali się już z jadłodajni tylnym wyjściem ewakuacyjnym. – Weźmie nas pan do Mandaryna?
– Zobaczymy – powiedział Czereśniak. Mroźne powietrze chlastało w twarz, szczypało po uszach, wargach i nosie. Zaczynała się kolejna zimowa noc. – Na wprost marsz! – polecił dowódca, a my ruszyliśmy.
Mając w pamięci świeże perypetie z krokiem i majorem Demonem, przybijaliśmy równo, nucąc piosenkę. Kapral nie ułatwiał nam jednak zadania, gdyż bawił się lodem, podkopując ustawicznie przygodne kawałeczki pod czyjeś nogi. Szedł z boku i patrzył zaciekawiony, co z tego wynika i jak się potykamy. Niemniej, kiedy dobijaliśmy do kluczowego dla nas rozwidlenia ścieżek, oznajmił łaskawie:
– Kierunek prawo!
Skręciliśmy i już nic nie mogło nam zagrodzić drogi do kanciapy Mandaryna. Był to niewielki barak, właściwie kiosk, prowadzony przez lokalnego biznesmena, zwanego Mandarynem. Nie mam pojęcia, skąd taka ksywa. Dość powiedzieć, że był nieźle zaopatrzony i generalnie nie posiadał konkurencji. Wprawdzie na jednostce znajdowały się jeszcze dwie inne – rozsiane po koszarowych krańcach – kantyny, ale Mandaryn był najbliżej, niejako po drodze, i w tygodniu tylko jego, od czasu do czasu, odwiedzaliśmy z naszym kapralem. Nie mam również żadnego pojęcia, czy obowiązywał tutaj jakiś układ, jakaś cicha zmowa, nakręcaliśmy wszakże zaradnemu biznesmenowi całkiem przyzwoite obroty.
Zasada była prosta: paru ludzi bierze od reszty zamówienia, wchodzi do kiosku – więcej i tak by się tam nie pomieściło – i kupuje co trzeba. Niekiedy udawało mi się załapać do tej grupy, a niekiedy i nie. Czasem prosiłem po prostu kogoś z pokoju, by kupił mi picie, papier toaletowy, znaczek na list, długopis, batonika czy coś w tym rodzaju. Zazwyczaj drobiazgi, bez których ciężko było jednak egzystować.
Koledzy rzucili się do skromnej kanciapy. Natychmiast powstała długa kolejka, która ciągnęła się jeszcze poza drzwi baraku. Wrota jednak zamknięto, bo Mandarynowi było zimno, i staliśmy już za drzwiami. Palący zakurzyli, a kapral spacerował wokół kiosku.
– Widzicie tamtą budkę? – zaczął przy którymś okrążeniu. Zatrzymał się przy naszym ogonku i chwilkę zbierał myśli.
Kolejka posuwała się leniwie, gdyż – aby ktoś mógł wejść – wcześniej ktoś z zakupami musiał naturalnie wyjść. Postanowiłem stać w owej kolejce konsekwentnie, bo do drzwi nie było daleko. A w ostateczności zawsze mogłem prosić jeszcze kogoś bliżej lady o nieduże sprawunki.
– Miałem tam wartę – ciągnął kapral, choć nie dostrzegaliśmy we wskazywanym przezeń mroku właściwie niczego. – Ze sto metrów stąd. Teraz faktycznie słabo widać, ale popatrzycie sobie za dnia. A zresztą i tak niedługo sami się przekonacie. – Machnął ręką. – Już niedługo. Też was warty nie ominą, zobaczycie. Z tydzień, może ze dwa po przysiędze, zobaczycie sami. Zakuwajcie teraz prawa, zakuwajcie użycia broni i inne pierdoły, kujcie to, cośmy wam podyktowali, bo się mogą przydać…
Słuchaliśmy kaprala z coraz to większym zaciekawieniem. Nieraz zbierało mu się na dziwaczne wynurzenia, które jednak były dla nas nieocenioną – i właściwie jedyną – skarbnicą wiedzy o kilskich obyczajach.
– Więc miałem tam wartę – kontynuował niedbale Czereśniak, a ja zauważyłem, że nawet palący podchorążowie zbliżyli się jakoś tak cichaczem i nadstawili ciekawie uszu. – Zimno było jak skurwysyn, koniec listopada… Więc chodzę sobie, wiecie, naokoło budki. Chodzę i nadsłuchuję. Było już ciemno, tak gdzieś jakby teraz, wiecie. Chodzę sobie, a tu nagle, normalnie, jakieś takie szmery z magazynu. Nic, myślę sobie, pewnie szczury, ale na wszelki wypadek idę w tamtym kierunku i trzymam broń. Postałem se trochę, ale się uspokoiło. Więc wracam do budki. Wracam, patrzę, a tu normalnie jakiś palant grzebie w moich rzeczach. Normalnie, wiecie, złodziej. Wlazł do budki i coś tam ogląda. Wkurwiłem się i wołam do gościa „padnij!”. Tamten się ogląda, ale siada na podłodze. Kazałem mu się uwalić na ziemi, no to się położył i leży. Chyba widział giwerę. Leży, ja dzwonię do dowódcy i mówię, że jest taka a taka sprawa, że mam złodzieja na muszce. Przytrzymaj go, mówią mi przez radio, już jedziemy. Facet leży, ale się przysłuchuje i głupio na mnie gapi. Ręce mi trochę drętwiały. Tamten to chyba wyczuł, bo się nagle, idiota, zrywa. I biegnie w noc. Wołam za nim „stój!”, tamten nic. Wołam „stój, bo strzelam!”, nic. Odbezpieczyłem broń, nic. Grzmotnąłem w niebo, nic. Facet biegnie przed siebie. No to wziąłem – opowiadał z flegmą Czereśniak – przymierzyłem i bum. Ciągnę go po nogach, wiecie, żeby nie zabijać. Facet w końcu pada i zaczyna wrzeszczeć. Czyli żyje, myślę sobie, a to heca. Nic mu nie będzie, wyliże się. Uszedłem kawałek, ale zaraz przyjechali z wartowni i go szybko zwinęli. Okazało się potem, że mu trochę nogi pokiereszowałem, wiecie, dostał po nogawicach, ale w sumie nic takiego. Aha, no i jeszcze, wiecie… – Tu kapral głośno zachichotał. – Gacie to miał podobno calutkie posrane. Rozumiecie, calutkie posrane…
Ktoś wyszedł od Mandaryna. Była moja kolejka, ale przez chwilę nie wchodziłem. Nikt mnie nie poganiał, każdy był zamyślony i zapatrzony w kaprala Czereśniaka. Chyba nabieraliśmy do niego jakiejś takiej nowej odmiany szacunku.
– No i jak to jest? – zapytano w końcu. – Panie kapralu, jak to jest?
– Co?
– No strzelać do człowieka?
– Ee… – Czereśniak wzruszył ramionami. – Dali trzy dni urlopu. (…)
* * *
Fotka to oczywiście zgrywa. Nie przedstawia żadnej autentycznej budki wartowniczej. A raczej kanciapę ochroniarza przed jednym z… No właśnie. Nawiasem mówiąc pragnę ogłosić tutaj mały konkursik: jeśli ktoś wie dokładnie, gdzie to jest (znaczy gdzie ukradkiem strzeliłem fotkę), niech pisze na maila – lub najlepiej tę lokalizację od razu wskaże w komentarzu – a otrzyma skromny upominek. Co takiego? Jasna sprawa, że egzemplarz książki SPR. Kto pierwszy, ten lepszy!