Agent specjalny na pododdziale
Po krótkiej przerwie – związanej z premierą albumu Zbieram na piwo – wracam do cyklicznego prezentowania fragmentów odnowionej powieści SPR. Obiecałem ich 10, było już 6. Wnikliwi Czytelnicy zapewne pamiętają, że zatrzymaliśmy się na opowieści kaprala Czereśniaka. Pluton następnie – powróciwszy z kolacji i ekspresowych zakupów – przystępuje do realizowania wieczornej części programu. Jest tego dużo, jak stwierdził Karakan na popołudniowym apelu, no ale cóż… Dzisiejszy fragmencik to jeden z moich ulubionych. Myślę, że trochę wpisuje się on w klimat powszechnej “niepewności i niedoinformowania”, który sygnalizowałem już przy okazji wpisu “Eksperyment medyczny”. Tutaj zatem luźna kontynuacja.
* * *
(…) Za zestawionymi do kupy trzema stoliczkami siedział porucznik Karakan i szeptał z jakimś tajemniczym cywilem w garniturze i okularach. Obok nich, na krzesełku, znajdowała się jeszcze jakaś atrakcyjna paniusia w białej bluzeczce z szerokim dekoltem oraz krótkiej, ciemnej spódniczce. Siedziała tuż przy obywatelu w okularach, nos miała wetknięty w jakieś papiery, nogi zaś założone wyzywająco. Nie zwracała najmniejszej uwagi na nachalne spojrzenia, niestosowne uwagi i ordynarne myśli setki przegłodzonych facetów. W sumie musiała być odważna, przychodząc tu do nas w takim – a nie innym – stroju, w takim – a nie innym – momencie. To znaczy wtedy, gdy podchorążowie zaczynali już pożądliwie zerkać nawet na otyłe kucharki.
Karakan nakazał pozajmowanie miejsc. Oczywiście nie było na świetlicy tylu krzesełek co podchorążych, niektórzy więc stali (w tym ja), lecz porucznik już na wstępie oświadczył, iż spokojnie się pomieścimy, bo nie wszystkich sprawa, w jakiej nas tu wezwano, będzie dotyczyła. Oparliśmy się więc o ściany, względnie parapety, niektórzy spoczęli na podłodze i czekaliśmy. Karakan zaś podjął tak:
– Panowie podchorążowie! Chciałbym przedstawić wam pana Niewiadomskiego, jak również jego asystentkę, śliczną pannę Wiolettę. Państwo pracują w ubezpieczeniach i przyszli wam pomóc. – Podporucznik zaczął klaskać, podjęliśmy więc prędziutko owacje na stojąco za naszym dowódcą. Brawa trwały może z dziesięć sekund, w czasie których gość w garniturze ładnie się skłaniał, asystentka natomiast wciąż pozostawała niewzruszona. – Ale najpierw trochę tu przerzedzimy. – Karakan obszedł stolik i zatrzymał się na środku. – Kto z panów pracował przed służbą? No? Kto był oficjalnie zatrudniony w cywilu?
Tu i ówdzie podniosły się naraz pojedyncze kończyny. W pierwszej chwili nie zrozumiałem do końca pytania, sąsiad jednak wyjaśnił mi, że chodzi o jakieś składki i formalną umowę o pracę. Takowej nigdy dotąd nie miałem okazji podpisywać, studiowałem dziennie, a zaraz po dyplomie zgarnęli mnie do woja…
Jednak ci, co pracowali, opuścili żołnierską świetlicę. Zaczynało się osobliwie, ale po tylu ciekawych ankietach i tylu zajmujących sondażach nic nas już właściwie nie dziwiło. Bywało na przykład tak, że kapral Czereśniak wchodził znienacka do izby i pytał: kto czytuje na pododdziale beletrystyczne książki? Podnosiliśmy w paru ręce, wtedy zaś nasz dowódca mówił: w takim razie – nazwiska, lista i do biurka podoficera. Tak, nic nas już nie dziwiło. To, czy ktoś pracował, czy nie, to była pestka. Najnormalniejsze pod słońcem zapytanie.
Usiadłem na zwolnionym taborecie. Salkę opuściło w sumie niewielu podchorążych, może gdzieś tak z jedna czwarta ogólnego stanu. Pozostali – jak łatwo wydedukować – legitymowali się podobnymi do mego życiorysami zawodowymi, stąd taborety raczej się nie marnowały.
– Panowie – ciągnął dobrotliwie Karakan – nie wiem, czy wiecie, czy jesteście świadomi, ale wraz z podjęciem służby, co miało miejsce na początku tego miesiąca, nawiązaliście stosunek pracy, gdyż pobieracie żołd. Płacimy wam uposażenie, odprowadzamy też ubezpieczenia i wszelkie składki, w tym emerytalne. No i… – Tu podporucznik trochę się zawahał. – Jest taka sprawa, że powinniście zdecydować się na jakiś fundusz. Zgodnie z ustawą emerytalną, no… Tego tamtego… A w okresie unitarnym nie wolno wam opuszczać koszar, więc… Tak sobie pomyślałem, że zrobię wam przysługę i pozwoliłem sobie zaprosić do nas państwa z towarzystwa ubezpieczeniowego… – Karakan ponownie jął głośno klaskać. Dołączyliśmy skrupulatnie, choć osobiście nadal niewiele z tego wszystkiego rozumiałem.
W końcu nasze owacje umilkły, a oficer kontynuował:
– Pan Niewiadomski robi wam przysługę. Przyjeżdża tu do nas na pododdział w swoim wolnym czasie, zabiera też wieczór pięknej pani asystent…
Chłopaki znów zaczęli klaskać, ale dowódca uciszył ich natychmiast.
– Dobrze! – ryknął. – Dobra! Będzie! Już będzie!
Aplauz został powstrzymany, słuchaliśmy dalej.
– Zatem musicie wybrać sobie fundusz emerytalny – wykładał Karakan. – Czasu nie ma wiele, właściwie nie ma wcale, bo jak dzisiaj sobie nie wybierzecie, to was będą jutro losować i traficie nie wiadomo gdzie. Ja was oczywiście do niczego nie namawiam, niczego wam nie sugeruję, ani, broń Boże, nie rozkazuję, ale lepiej, panowie, lepiej sobie to przemyślcie i się zastanówcie. Macie wybór… Przyprowadziłem wam pana agenta z najlepszego na świecie towarzystwa. W rankingach plasuje się ono wysoko, w ścisłej czołówce, tak że, panowie, przed wami wybór… Czy chcecie się zapisać do tego najlepszego towarzystwa, czy wolicie być losowani i zdacie się na ślepy los. No?
Teraz rozumiałem. Karakan wyłożył karty na stół, a na sali było cicho. Nikt już nie oklaskiwał pięknej pani asystentki.
– No – powtórzył raptem nasz dowódca. – Tak że ja was tu z panem agentem zostawiam i niczego wam nie sugeruję. – To powiedziawszy, porucznik wyszedł ze świetlicy.
Agent ubezpieczeniowy uśmiechnął się do nas przymilnie, podniósł z krzesełka, poprawił okulary, a po chwili zabrał głos:
– Witam panów! – Nabrał głęboko powietrza. – Nazywam się Niewiadomski, rzeczywiście robię w ubezpieczeniach. Związałem się z bardzo dobrym towarzystwem, a mówiąc prawdę, z najlepszym na świecie. Wiem, brzmi nieskromnie, ale tak jest i już. Nic na to nie poradzę. Rankingi nie kłamią. Czasem jakieś pismaki umieszczają nas trochę niżej, ale to z zawiści… No, więc przyszedłem tu do panów podchorążych, aby zaproponować wam wybór mojego towarzystwa. Bo w przeciwnym razie, jak powiedział pan Karakan, będziecie losowani i traficie do jakichś gównianych partaczy, co rozpieprzą wasze oszczędności. A wiecie zapewne, że to sprawa najważniejsza. Teraz jeszcze nie myślicie o przyszłości, o emeryturze, ja wiem, ale to błąd. Mówię wam, po prostu o przyszłości warto pomyśleć, więc najlepiej zrobicie, jak się dzisiaj u mnie zapiszecie…
Tere-fere, gadka-szmatka, obiecanki-cacanki. Nie byłem pewny, czy przeżyję kolejny dzień, czy wyjdę bez szwanku z całej tej kabały, a tu mi ględzą od rzeczy. Zresztą, kalkulowałem sobie dalej, może i niegłupio facet mówi, tylko czemu przylazł sam. Czemu Karakan nie poprosił jeszcze kogoś. Też mi wybór. Jakby ich było czterech, no, może trzech, a choćby i dwóch. Ale sam jeden. Nie. Nie lubię, nie przepadam za takimi cwaniaczkami. Sztama z Karakanem to jeszcze nie wszystko. Przynajmniej nie dla mnie.
– Powoli, panowie – komenderował już agent w garniturze. – Nie pchajcie się, wszyscy zdążą. Stańcie w dwóch rzędach, do mnie i do pani Wioli. Przygotujcie sobie dowody.
Moi kamraci z kompanii, podchorążowie, ludziska wykształceni, elita, rzucili się raptem na agenta i jego wymalowaną paniusię. Przekrzykiwali się nawzajem:
– To gdzie mam podpisać?
– Ja tu stałem!
– Ja chcę do pani!
– Byłem pierwszy!
– Spierdalaj! (…)
* * *
Tak więc podchorążych, jak widać, zręcznie postawiono przed niemałym dylematem, niczego oczywiście wcześniej nie objaśniając i nie zapowiadając… Krótka piłka – mówiąc krótko. Ano tak. I do takiego stwierdzenia dzisiaj swój komentarz raczej ograniczę.