Nocna inspekcja

na wozieKolejnym fragmentem, jaki początkowo chciałem tutaj zaprezentować, miała być scenka zbiorowego prysznica stada podchorążych. Tak naturalnie z chronologii książki wychodziło, poza tym obrazek to udany, humorystyczny i ogólnie przez Czytelników lubiany… Ale zmieniłem zdanie. Prysznic pominę. „Natryskowy” fragment był bowiem już kiedyś prezentowany na portalu koledzyzwojska.pl, wciąż w tamtejszym archiwum chyba jest jeszcze dostępny. Jak ktoś poszpera, jak trochę „pogoogluje” – to i znajdzie. Ja natomiast akcję postanowiłem przesunąć już na noc, do wydarzeń po capstrzyku (czyli po godzinie 22). Bo teoretycznie podchorążowie o tej porze powinni grzecznie spać, no ale… No ale właśnie. Różnie z tym bywało.

* * *

(…) Na świetlicy było już pustawo. Podchorążowie porozchodzili się do izb, siedział tylko Katar i dwaj szachiści. Dolatywał mnie głos telewizora, chociaż śmiechy były dużo skromniejsze.
Wstałem, wsunąłem siedzisko i pozbierałem zabawki. Na korytarzyku panowała ciemność. Pod izbami czerniły się tylko zarysy żołnierskich buciorów, a jedyne źródło jako takiego światła stanowiła nieodległa klatka schodowa wraz z podoficerskim biurkiem. Ruszyłem doń, bo zostawialiśmy tam nasze listy. Chłopaki na służbie śmigali później, za dnia, do pobliskiej skrzynki, gdzie wrzucali całą kompanijną korespondencję. Jak natomiast docierały do nas listy ze świata, jaka była ich droga na pododdział, tego już dokładnie nie rozszyfrowałem. Pojawiały się po prostu na biurku, posegregowane plutonami, i w czasie przerwy śniadaniowej, względnie przed apelem popołudniowym, trafiały do rąk adresatów.
Dyżurny siedział wciąż na tym samym krzesełku, niedaleko telefonu. Zaznajamiał się z jakąś instrukcją i nawet nie podniósł specjalnie głowy, kiedy kładłem na blacie, na skromnej kupeczce, mój pokraczny list. Popatrzyłem jeszcze chwilę na adres i na imię adresatki, i z ciężkim sercem wróciłem do ciemnego pokoiku.
Gdy się tak znienacka wchodziło, mrok faktycznie zdawał się być czymś nieprzeniknionym. Zamknąłem delikatnie drzwiczki, by nikomu nie uprzykrzać snu, i przez dłuższą chwilę nie ruszałem z miejsca. Nie chciałem wpaść na jakiś taboret, bo przez roztargnienie zostawiano je niekiedy na środku przejścia, tylko usilnie przyzwyczajałem wzrok do panującej w głębi naszej izby ciemni. Zewsząd dobiegał równy świst jedenastu podchorążackich oddechów.
Ujrzałem zarysy łóżek, szafek, taboretów. Ostrożnie postąpiłem parę kroków naprzód, w pobliże czeluści okiennej. Bez przeszkód dotarłem do parapetu, gdzie mogłem już rzec, iż jestem u siebie, tuż przy swoim wozie. Za szybą świeciły cherlawe latarnie, śnieg prószył skąpo, z rzadka przemknął gdzieś jakiś pojedynczy samochód. Chodniki były puste.
Ułożyłem się w końcu na jaskrawym prześcieradle, zdejmując delikatnie tenisówki. Nie chciałem hałasować i skrzypieć drzwiczkami, ograniczyłem się więc tylko do odłożenia zeszytu oraz długopisu na pobliski taboret. Złapałem koniec wałka, wyszarpnąłem go zdecydowanie i okryłem się kocem, który od spodu otulało rozprute na boku, drugie prześcieradło. Sprężyny pryczy zajęczały przy tym brzydko, a koledzy naokoło zamruczeli przez sen.
Leżałem na boku i rozmyślałem sobie sentymentalnie. Wpatrywałem się tępo w okienną poświatę, która z każdą minutą zdawała mi się coraz to jaśniejszą. Ciepło płynęło od kaloryfera, choć uchylany przez nas na noc, górny fragmencik okna, ziębił nieprzyjaźnie po odsłoniętych stopach. Trudno było króciutkim kocem okryć się należycie. Mknęły mi przed oczami obrazki z przeszłości, moje wielkie i beznadziejne zauroczenie, moje spore i płonne nadzieje na zostanie uczelnianym asystentem, obrona dyplomu, jałowe próby znalezienia roboty, wreszcie męska decyzja o zgłoszeniu się po bilet. Wiele rzeczy, jak sobie z żalem dumałem, zmieniłbym chętnie. Nie tak to wszystko miało się potoczyć, nie tak to wszystko miało wyglądać, nie tak to…
Raptem posłyszałem wyraźnie, że ktoś z rozmachem uchyla nasze drzwi. Już prawie spałem, już prawie odpływałem z tej przeklętej Kiły, gdy naraz w izbie rozbłysło w pełni światło elektryczne. Ktoś, jakiś cymbał, załączył kontakt po capstrzyku. Uczynił rzecz niewyobrażalną, narażając lekkomyślnie cały pododdział na nieprzyjacielski atak bombowy z powietrza.
– Co jest, kurwa? – rzucił ktoś spod drugiej ściany. Widocznie problemy z zaśnięciem miałem nie tylko ja.
Oślepiony blaskiem jarzeniówek odwróciłem się rychło na drugi bok, wytrzeszczając zamroczone źrenice na kontakt i drzwi. A w drzwiach, co odkryłem ze zdumieniem, sterczał majestatycznie, z upiornym wyrazem twarzy, major Demon.
– Co to ma być? – rzucił głucho od progu.
W mgnieniu oka wszyscy, jak jeden mąż, ocknęli się i już nikt nie chrapał, choć nikt też, bo tak byliśmy rozespani, nie zdobył się jakoś na regulaminowy okrzyk „baczność!”. Major spodziewał się widać tego rodzaju faux-pas, gdyż puścił zniewagę płazem, od razu przechodząc do rzeczy.
– Co to ma być? – powtórzył zniesmaczony.
Moje oczy z trudem przyzwyczajały się do nieoczekiwanej jasności. Obserwowałem komendanta szkoły w polowym mundurze, który jak zwykle leżał na nim idealnie. Stał teraz pośrodku naszej komnaty, gdzieś przed północą, i nie bardzo wiadomo, czego tutaj właściwie poszukiwał.
– Co to ma być? – powiedział po raz trzeci, zerkając pogardliwie na suszące się nieopodal skarpetki i majtki.
Umowa była taka. Za dnia, znaczy od szóstej do dwudziestej drugiej, nic nieregulaminowego nie znajduje się w izbie, przynajmniej nie na widoku. Sami kaprale tak nam przykazali i tak nas przyzwyczaili, zaznaczając jednak, iż między capstrzykiem a pobudką, a nawet przed samym wyjściem kompanii na śniadanie, możemy trzymać sobie na kaloryferach wyprane rzeczy i nic do nich nie mają. Jak rzekłem, taka była umowa, niepisana wprawdzie, aleśmy się jej konsekwentnie trzymali i dotąd nie wybuchały z tego tytułu żadne awantury. Dlatego teraz patrzyliśmy oniemiali na kruczoczarne włosy majora i jego krwiste, wymalowane szminką usta.
– Służba! – ryknął naraz major. – Służba do mnie!
Na korytarzu przewróciło się z hukiem jakieś krzesełko, coś poklepało trochę o twarde lastryko, a po sekundce ukazał się w drzwiach zdyszany podchorąży. Naturalnie był odziany w beret, mundur z plakietką i błyszczące opinacze.
– Panie majorze – podjął energicznie – dyżurny dziewięćdziesiątej dziewiątej kompanii SPR, szeregowy podchorąży Wafelek melduje się na rozkaz!
Major teatralnie wydął swe wymalowane usta.
– Gdzie dowódca? – ryknął do chłopaka z plakietką. – Gdzie Karakan?
Dyżurny zatrząsł się trochę, ale prędko opanował drżenie nóg. Wyprężył się i, z zachowaniem wszelakich form, zwięźle poinformował skropionego perfumami oficera:
– Melduję, panie majorze, że na tarasie. Poszedł na taras.
Demon raz jeszcze popatrzył pogardliwie na nasze skarpetki i bezwstydne majtki.
– Kiedy będzie? – zapytał szorstko dyżurnego.
– Melduję, panie majorze – oświadczył tamten służbowo – że zaraz. Pan porucznik powiedział, że wychodzi na taras, ale wraca zaraz. Tak powiedział…
Major łypnął po kolei na każdego z nas, a następnie zwrócił się ku drzwiom.
– Ja tu widzę niezły burdel – oświadczył jeszcze na odchodnym, po czym zniesmaczony definitywnie opuścił nad wyraz syfiastą norę.
Dyżurny odskoczył mu z drogi natychmiast, a gdy tamten wyszedł, prędko zgasił światło i zamknął drzwi od drugiej strony. (…)

* * *

Powyższy fragment jest dobrym przykładem groteski, jaką w sporej ilości wplotłem w książkę SPR. Być może już kiedyś tłumaczyłem się z tego „zjawiska”. Zastrzegałem, że nie do końca typowy to pamiętnik. Raczej próba uchwycenia wykrzywionej rzeczywistości, w jakiej przyszło mi (narratorowi) podczas wojskowej służby egzystować. Bo przecież w koszarach trudno było o logikę. Zwyczajną, normalną, pozornie oczywistą. Więc aby podkreślić pewien (wszechobecny „na jednostce”) absurd – uciekam się w tej mojej quasi-pamiętnikarskiej książce do groteski. A chciałem o tym wspomnieć, by ktoś – na ten przykład – nie poczuł się rozczarowany, z nieco innym nastawieniem sięgając po lekturę. Kiedy dziś czytam sobie tę moją opowiastkę (luźno rzecz ujmując: wspomnienia), to mam wrażenie, że bardzo trudno byłoby postronnemu – czyli „nieskażonemu” mundurem – odbiorcy taką groteskowo-absurdalną fikcję od realizmu i prawdy oddzielić. Choć może się mylę? Nie wiem, być może… Za dwa tygodnie jeszcze jeden fragmencik o tym, jak trudno było (nawet po capstrzyku) o spokojny sen, na koniec natomiast – jako scenkę numer 10, bo tyle espeerowskich wpisów obiecałem – planuję sam sen. Ten już w ogóle niewiele wspólnego z koszarami chyba ma (jak to wizja), no ale – aby sobie jak najwłaściwszy pogląd na temat książki wyrobić – także jest potrzebny.

Dane wpisu

Data
24 lipca 2010

Autor
Rafał Socha

Kategoria

Zostaw odpowiedź