Test kontrolno-sprawdzający
I doczekaliśmy się ostatniego z zaplanowanych fragmentów książki SPR. Od razu uprzedzam – dość nietypowy on jest. W dziewięciu dotychczasowych odsłonach przeszliśmy sobie – skrótowo i raczej pobieżnie – przez całą opowiastkę, a mianowicie: od porannej rozgrzewki, do capstrzyku i wydarzeń nocnych. Pora na sen. W powieści – generalnie rzecz biorąc – zawarłem dwie wizje (czytaj: sny podchorążego). Jedna, bardziej realistyczna – bo związana z wizytą w groteskowym przybytku (w tzw. Wojskowej Komendzie Uzupełnień) oraz przyznawaniem tam biletu narratorowi, nie będzie tu przeze mnie prezentowana, drugą zaś – będącą jak gdyby projekcją podświadomości naładowanego militarną wiedzą podchorążego – przedstawiam poniżej. Całkiem odmienne klimaty, choć w kontekście zajęć „kontrolno-sprawdzających” (zapowiedzianych przez Karakana na popołudniowym apelu) ten drugi chyba znacznie bardziej uzasadniony… No nic, więcej już nie przynudzam, więcej się też nie tłumaczę. Niech przemówi cytat.
* * *
(…) Z daleka terkocze karabin maszynowy. Czołgam się pod gęstą siatką z drutu kolczastego. Ktoś przede mną, choć nie podnoszę za wysoko oczu, pełźnie na brzuchu w potarganym mundurze. Strzępy wiszą z jego panterki.
Jest mi cholernie gorąco. Pot spływa po mojej twarzy, czuję go na plecach, od skorupy na głowie odskakują kamyki. Maska przeciwgazowa podłazi pod brzuch, trze się po zmrożonym błocie. Bagnet uwiera w najgorsze z możliwych miejsc. W prawej dłoni trzymam pasek od karabinu. Przeciągam broń po piachu, kolba obija się o mój łokieć.
Nie mogę wstać. Naokoło śmigają kule, jeszcze ten drut. Gdzie ja jestem. Kątem oka, obok, jak gdyby w jakiejś dolinie, spostrzegam pędzące wozy bojowe oraz czołgi z żołnierzami. Huk wystrzałów dobiega zewsząd.
Koleś przede mną raptem wstaje. Podnosi się z tymi strzępami na plecach i przyskakuje za jakiś załom. Klęka i mierzy gdzieś z karabinu.
Prę przed siebie, bo i mnie kończy się drut. Jeszcze łapie, czuję go gdzieś na udzie, na lewej nogawicy, ciągnę. Wyszarpuję. Puszczam pasek, giwerę chwytam za rękojeść. Podnoszę się z brzucha, garbię, dobiegam do jakiegoś grubego drzewa.
Łapię dech. Opieram się plecami o pień i wycieram pot. Karabin na kolanach. Pas poluzowany, szelki zupełnie przekręcone. Poprawiam bezskutecznie, wracają. Przysiadam na ziemi, zmieniam magazynek. Widzę pełznących za mną kompanów, docierają do krańca odrutowania, zrywają się i biegną chyłkiem gdzieś w bok.
Siedzę za tym drzewem. Nie biegnę. Nie mam zamiaru nigdzie biec. Ktoś niedaleko też się czai. Jak ja. Za pobliskim załomem ziemi. Wyciąga naraz maskę. Obserwuję go trochę, obserwuję przeciwległy skraj lasu, obserwuję czołgi, wozy, rozrzedzone szeregi piechoty.
Sąsiad zakłada swą maskę. Co on robi. Wychylam ostrożnie głowę zza drzewa. Jakiś gaz, jakaś taka biała mgła, jakaś mleczna chmura ciągnie ku nam z naprzeciwka. Znów się oglądam. Gdzie biec. Tylko te pola z drutami i kawał wolnej przestrzeni. Ale tam czołgi, kule, wybuchy, świst, wrzaski piechurów.
Dobywam rozpaczliwie maski. Sąsiad zakłada kombinezon. Zakłada nogawki, zakłada płaszcz. Co on robi. Całe oprzyrządowanie przeciwchemiczne. Nakładam maskę na zdyszaną twarz. Śmierdzi gumą. Za duża. Gdzieś z boku wpływa pod przywrę swobodnie powietrze.
Chmura wyłazi zza mojego drzewa. Robi się biało. Przed oczami. Pochłaniacz. Próbuję oddychać. Słabo. Już jestem w białym gazie. Włazi do środka, jak on to robi. Nieszczelności po bokach. No tak. Wyglądam zza drzewa. Duszę się.
Chwytam karabin. Uciekam z dymu. Lecę schylony ku dolinie z czołgami, śmigają kule, słyszę wybuchy. Gaz drapie mnie w gardle, krztuszę się. Mgła się rozrzedza.
Padam na ziemię. Znowu się czołgam. Zrywam maskę i pluję czerwoną flegmą. Czołgi znikają gdzieś w lesie. Dym przechodzi bokiem. Znowu ten karabin maszynowy. Chyba mnie namierzył. Pruje na całego. Odskakuje ziemia.
Wpadam w jakąś dziurę. Łapię saperkę, nie chce wyleźć. Przeklęty pokrowiec. Jakiś taki popruty, łopatka zahacza bokiem i siedzi w futerale. Skąd ja wziąłem ten pieprzony pokrowiec.
Przywieram do ziemi w zmrożonym leju. Hełm opada na moje oczy. Podnoszę. Odrzucam karabin i znów próbuję wydobyć saperkę. Ciężko, ciężko. Wyłazi. Jest. Mam. Szmatę rozprułem, ale jest. Mam.
I ryję. Twarda ta ziemia. Odrzucam na boki malutkie kawałeczki i ciężko dyszę. Pot zalewa mi oczy. Ocieram brudnym rękawem twarz. W zębach piasek. Jak chrzęści. O rany. Ciągle pluję tą krwią.
Odrzucam saperkę. Już starczy. Mierzę z karabinu. Tylko w co. Ci przede mną, ci w czołgach i wozach. To dobrzy, czy źli. Co to za jedni. Jestem z nimi. A może nie. Nie wiem.
Zrywa się za mną jakiś głośny ryk. Odwracam hełm. To moi. Na pewno. Powyłazili na dobre spod kurewskich drutów. Biegną przed siebie. Jakiś malutki człowieczek cwałuje na przedzie.
Strzały. Ktoś pada. Nie słabnie ten krzyk. Już są blisko. Nie ma mgły. Poszła sobie.
Zrywam się. Dołączam. Do swoich. No chyba. Wydobywam granat. Biorę zamach. Krzyczę. Hura. Rzucam.
Padam. Coś mnie piecze na brzuchu. Co u diabła. Grzmot. Huk. Pewnie mój granat. Nie mam sił. Opinacze fruwają. Co mi w ten brzuch.
Szukam granatów. Już nie ma. Czemu. Gdzie ja jestem. Skąd tyle hałasu. Zgubiłem hełm. Jak to możliwe. Zleciał. Gdzie mój karabin.
No i co tak piecze. Cholera. Co tak pali. Gdzie ja jestem. Nie. To nie może być tak. To niesprawiedliwe. Za co. Dlacze… (…)
* * *
Powyższy fragment, w przygotowywanej przeze mnie II wersji książki – gdzie wprowadzić zamierzam podział na rozdziały – stanowić będzie właśnie taki osobny rozdzialik (choć pod zmienionym tytułem). Poprzednie fragmenty prezentowałem wyrywkowo, tzn. nie były one całymi rozdziałami, tu zrobiłem wyjątek, bo – po pierwsze – tekst nie za długi, po drugie – nijak tego podzielić się nie da. No tak, ale wracając jeszcze do samej idei cytowania mojej koszarowej książki. Dzisiejszym wpisem kończę jej przypominanie. Jeśli kogoś zachęciłem do lektury, będzie mi niezmiernie miło. Pracuję – jak już wielokrotnie wspominałem – nad poprawioną i uzupełnioną wersją, zabiegam o powtórne wydanie. Byłoby super, gdyby SPR ukazał się w tej odnowionej postaci i trafił do księgarń. Od 2003 roku, gdy ukazało się I wydanie, wielu byłych podchorążych przeczytało tę książkę (mimo kiepskiej, wręcz niszowej dystrybucji i praktycznie wyczerpanego już dawno nakładu), znakomita większość dzieliła się ze mną później swymi wrażeniami, generalnie były one ciepłe, pozytywne, ogólnie miłe dla mnie jako autora. To dodawało – i wciąż dodaje – literackich sił. Na fali tegoż zainteresowania oraz pozytywnych głosów, zachęcany przez najbardziej zagorzałych Czytelników, napisałem jeszcze później kilka opowiadań o koszarowej tematyce. Chodzi tu przede wszystkim o – nominalnie przynajmniej – drugą część przygód Konrada, osadzoną już na praktyce oficerskiej, którą zatytułowałem: Uwaga! Po sygnale wydanie broni (2005). Ale to nie wszystko. Później pojawiły się jeszcze inne opowiadania, dalej drążące i dopełniające wątek koszarowy: Kapitan Wójcik (2007), Wino, kobiety i śpiew (2009), Rękawica koloru khaki (2009)… Jakichś tam motywów służby wojskowej dopatrzeć się można byłoby i pewnie w kilku innych tekstach (np. Brom czy Urywki rzeczywistości), lecz tu wymieniam tylko te najważniejsze. Wciąż zastanawiam się nad pomysłem zestawienia i promowania ich razem – w jednej, opasłej książce. Nie jestem co do tej idei w stu procentach przekonany (bo różnią się one nieco – i klimatem, i konwencją, i nawet sposobem narracji)… Ale zobaczymy. Na razie nie będę obiecywał wpisów z fragmentami następnych utworów. Na pewien czas zawieszam te cykliczne aktualizacje, choć podejrzewam, że już bardzo niedługo do nich powrócę. Jeśli komuś się podobało – miło mi, gorąco proszę o komentarz, względnie maila. Najciekawsze opinie z wielką przyjemnością nagradzam książkami. A zatem proszę się nie krępować. Cały czas zachęcem też oczywiście do przejrzenia mojego „prozatorskiego” archiwum (szczególnie nowych Czytelników). Będę się starał, aby stare wpisy nie zniknęły z witryny, z czasem zaś – jak już wspominałem – aby zbiór ten stale się rozrastał. Do następnego fragmentu zatem!