Moje książki na Allegro
Jakiś czas temu zauważyłem, że na allegro.pl pojawiają się aukcje z moimi książkami. Dla przykładu pewna antykwarnia z Torunia oferowała nie tak dawno temu SPR – po dwóch czy trzech próbach znalazł się nabywca, książkę sprzedano. Podobnie rzecz się ma z płytami – zdarza się zobaczyć singla, zdarza się ujrzeć album. Wszystkie tego typu oferty są jednak sporadyczne, na dodatek cenowo bardzo różnie się kształtujące, no i zazwyczaj proponujące produkty „używane”, czyli – rzec można – z wtórnego obiegu. W sumie trudno się dziwić – normalne prawa rynku. Ktoś przeczytał (albo i nie przeczytał), książka na półce zawadza – więc ją sprzedaje. A przynajmniej próbuje sprzedać, bo wystawienie przedmiotu na aukcji nie oznacza jeszcze, że do transakcji w ogóle dojdzie. Musi być odzew z drugiej strony, musi być „kontrahent”, musi być po prostu kupiec.
Idąc tropem tychże incydentalnych prób, sprawy wziąć postanowiłem w swoje ręce. Innymi słowy: ujednolicić, uzupełnić i usystematyzować allegrową ofertę ze swoimi książkami. Dystrybucja to w ogóle dość bolesna pięta achillesowa całej zabawy w niszowego pisarza. O ile dwie pierwsze książki z początku znaleźć dało się jeszcze w kilku lokalnych księgarniach (wydał je, a przez to i handlował nimi DOM KSIĄŻKI w Częstochowie), o tyle później bywało już tylko gorzej. I tak pewnie będzie dopóty, dopóki nie doprowadzę do wydania jakiegoś tytułu przez dużą, ogólnopolską oficynę, posiadającą odpowiednie kontakty z hurtowniami i dysponującą ogólnie pojętą siecią dystrybucji. Na razie to nierealne, a więc pozostaje Internet, no i sprzedaż wysyłkowa oczywiście. Jakiś czas temu rozważałem opcję dodania do strony wtyczki ze sklepem, z grubsza wyglądało okej, fizycznie dałoby się wykonać, ale… No właśnie. Po namyśle odpuściłem. Dlaczego? Ano po pierwsze „produktów” wielu do zaoferowania nie mam, a po drugie nie chciałbym, aby witrynę moją mylnie kojarzono lub odbierano jako jakąkolwiek formę dochodowej, komercyjnej działalności. Ja tu nawet żadnych reklam nie zamieszczam, nigdy ich nie zamieszczałem i pewnie nigdy się do takiego kroku nie posunę. To nie o to chodzi. Strona (blog?) charakter ma typowo informacyjny i hobbystyczny. Takie jest założenie wyjściowe i „brzegowe”, i staram się pozostawać „adminem” nieugiętym. Moim pragnieniem jest, aby „magazine” przybliżał pewne artystyczne kwestie, dawał możliwość skontaktowania się z autorem, ewentualnie pozwalał na pozostawienie jakiegoś komentarza. I tyle. Żadnego handlu, żadnych reklam czy komercji. Niektórzy usilnie próbują spamować, zamieszczają mi tu uporczywie jakieś komentarze (czasem nawet niby sensowne), lecz niestety z podtekstem reklamowo-komercyjnym (np. z odnośnikiem do swojego sklepu). Takie numery nie przechodzą jednak przez szczelne i bezwzględne sito „moderacji”. Nie zależy mi na ilości, ale na jakości. Zawsze się kieruję taką (poniekąd romantyczną) zasadą, więc na odstępstwa w owej kwestii nie ma co liczyć…
No dobrze, odbiegam od tematu. Wracając zatem do dystrybucji książek – allegrowe aukcje w pewnym sensie zainspirowały mnie. Uznałem, że jeżeli ktoś czegoś poszukuje, to w efekcie – wcześniej czy później – i tak dociera do najpopularniejszego w naszym kraju serwisu aukcyjnego. I jeżeli „produkt” znajduje, jeżeli ma życzenie złotówki swoje wydać – zakupów dokonuje. Jeżeli „produktu” nie znajduje – często bywa, że dochodzi do (niekoniecznie prawidłowego, acz prostego) wniosku: tego czegoś na rynku nie ma lub tego czegoś kupić się nie da. Takie czasy. Z moją tezą można się zgadzać, można się oczywiście nie zgadzać. Nie w tym rzecz. Tak sobie założyłem i już, i założenie moje stało się podwaliną do działania.
Jakiego? Ano takiego, aby wyjść – w sposób kompletny i ujednolicony – naprzeciw pojawiającym się od czasu do czasu zapytaniom o możliwość nabycia niskonakładowych, bardzo niszowych publikacji niżej podpisanego zapaleńca. Tak. Bo zdarzają się także i tacy zapaleńcy, którzy te zapiski chcieliby nie tylko przeczytać, ale i posiadać na własność, ustawić na półce, bo ja wiem… Czasami zwyczajnie do nich wracać. Dla mnie to bardzo miłe. To w zasadzie taka kwintesencja całej zabawy w pisarza. Duża satysfakcja i frajda, nie ukrywam. Więc tak sobie pomyślałem, że umożliwię zainteresowanym w łatwy i niekrępujący sposób – po bardzo korzystnej cenie – nadrobienie kolekcjonersko-czytelniczych zaległości. Do wyczerpania skromnych zapasów oczywiście, ale to i tak lepsze niż nic. Bo najprościej jest machnąć ręką, najprościej jest „lachę” położyć na wszystko i stwierdzić, że nie ma sensu, że się nie opłaca, że nikogo to nie interesuje przecież. Otóż interesuje, muszę powiedzieć. Może jednostki, ale jednak. I dla tych jednostek, dla tych nielicznych odbiorców warto. Przez jakiś czas preferowałem „jedynie słuszną” zasadę, że wystarczy napisać, zwrócić się do mnie, a pomogę, podpowiem, nawet książkę czy płytkę sprezentuję, za darmo wyślę czy przekażę. W podzięce za miłe słowa, za komentarz, za recenzję czy choćby za symboliczne wsparcie (nie tylko finansowe) moich „projektów” muzycznych – np. na megatotal.pl… Tak było. Żadnych podtekstów, żadnych dwuznaczności. Zwyczajnie chciałem podziękować, „promując” się przy okazji, bo wiadomo – jeden zadowolony Czytelnik to potencjalna możliwość, że przybędzie kolejny, że „zarazi” kogoś lub przyciągnie. Trochę to działa, a trochę nie. Zdarza się bowiem, że ktoś jednak dziwił się, płacić mi honorowo chciał, głupio było temu i owemu. Wbrew moim intencjom – stawiałem czasem kogoś w niezręcznej sytuacji, bo uczciwie nabyć by chciał, za książkę zapłacić – a tu się nie dało, nie było komu, nie było gdzie… Choćbym wcale zapłaty nie oczekiwał w danej sytuacji – bywało niezręcznie.
I to wszystko dało mi dużo do myślenia. Połączyłem fakty, pokombinowałem. I wydumałem sobie, że stworzę coś w rodzaju stałego, internetowego „kiermaszu”. Jeszcze raz podkreślam – nie dla zysku, lecz promocji. Jak to się praktykuje przy okazji wieczorków autorskich, kiedy wystawia się książeczki i za niewygórowaną cenę oferuje je przybyłym na imprezę sympatykom (ja przynajmniej tak czynię i tak rozumiem wieczory promocyjne). A przecież tak można uczynić na stałe i dla wszystkich! Nie tylko dla ludzi, którzy mają akurat czas, są wtajemniczeni, mieszkają blisko i – na ten przykład – do Częstochowy na spotkanie Literackiego Towarzystwa Wzajemnej Adoracji mogą wpaść. Ja chciałbym stworzyć taką możliwość każdemu – i to niezależnie od czasu, od miejsca czy od geografii. Oczywiście nie ma to jak spotkania autorskie, no ale nie odbywają się one na zawołanie… Jakąś namiastkę obcowania z autorem daje na pewno strona internetowa, gdzie piszę i o nowościach, i wspominam starsze teksty czy piosenki.
A teraz jeszcze link do allegrowych aukcji się pojawia. Bo konkluzja tego przydługiego wywodu będzie akurat krótka i konkretna – zarejestrowałem się, powołałem „do życia” wyspecjalizowanego użytkownika społeczności allegrowej i wystawiam swoje własne książki. Aż do „zwycięstwa” – czyli wyprzedania niewielkich w sumie nakładów. A że niedużo z tych niewielkich nakładów już pozostało – to aukcje mają w pewnym sensie charakter kolekcjonersko-unikatowy (w większości przypadków zdobyć jeszcze można oryginalne, pierwsze wydania). Pewnym minusem – z mojego punktu widzenia – są oczywiście żelazne opłaty za „wystawienie” przedmiotu. Niezmienne i nie do ominięcia. Niby niewielkie, ale gdy tak się wszystko zsumuje, gdy kolejne „wystawienia” za bardzo wymiernego efektu nie przynoszą – to i kwoty jakieś tam się z tego uzbierają (bo za niesprzedaną książkę też trzeba opłatę odprowadzać). Jestem świadom tego minusa, lecz przecież – jak napisałem – globalny „zysk” jest jednak nieporównywalnie większy (oczywiście niematerialny). Więc macham ręką, póki co przynajmniej, na te mityczne opłaty dla właściciela serwisu aukcyjnego i wystawiam konsekwentnie własne „produkcje” literacko-muzyczne. A niech tam. Jak szaleć, to szaleć. Trzeba wierzyć, że ma to sens.