<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>rafalsocha.pl - twórczość literacka i muzyczna</title>
	<atom:link href="http://www.rafalsocha.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.rafalsocha.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Sun, 22 Aug 2010 01:06:12 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Test kontrolno-sprawdzający</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/08/21/test-kontrolno-sprawdzajacy/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/08/21/test-kontrolno-sprawdzajacy/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 21 Aug 2010 20:49:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=391</guid>
		<description><![CDATA[I doczekaliśmy się ostatniego z zaplanowanych fragmentów książki SPR. Od razu uprzedzam &#8211; dość nietypowy on jest. W dziewięciu dotychczasowych odsłonach przeszliśmy sobie &#8211; skrótowo i raczej pobieżnie &#8211; przez całą opowiastkę, a mianowicie: od porannej rozgrzewki, do capstrzyku i wydarzeń nocnych. Pora na sen. W powieści &#8211; generalnie rzecz biorąc &#8211; zawarłem dwie wizje [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/03/gazmaski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-145" title="gazmaski" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/03/gazmaski.jpg" alt="pluton w gazmaskach" width="300" height="200" /></a>I doczekaliśmy się ostatniego z zaplanowanych fragmentów książki <em>SPR</em>. Od razu uprzedzam &#8211; dość nietypowy on jest. W dziewięciu dotychczasowych odsłonach przeszliśmy sobie &#8211; skrótowo i raczej pobieżnie &#8211; przez całą opowiastkę, a mianowicie: od porannej rozgrzewki, do capstrzyku i wydarzeń nocnych. Pora na sen. W powieści &#8211; generalnie rzecz biorąc &#8211; zawarłem dwie wizje (czytaj: sny podchorążego). Jedna, bardziej realistyczna &#8211; bo związana z wizytą w groteskowym przybytku (w tzw. Wojskowej Komendzie Uzupełnień) oraz przyznawaniem tam biletu narratorowi, nie będzie tu przeze mnie prezentowana, drugą zaś &#8211; będącą jak gdyby projekcją podświadomości naładowanego militarną wiedzą podchorążego &#8211; przedstawiam poniżej. Całkiem odmienne klimaty, choć w kontekście zajęć &#8220;kontrolno-sprawdzających&#8221; (zapowiedzianych przez Karakana na popołudniowym apelu) ten drugi chyba znacznie bardziej uzasadniony&#8230; No nic, więcej już nie przynudzam, więcej się też nie tłumaczę. Niech przemówi cytat.</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) Z daleka terkocze karabin maszynowy. Czołgam się pod gęstą siatką z drutu kolczastego. Ktoś przede mną, choć nie podnoszę za wysoko oczu, pełźnie na brzuchu w potarganym mundurze. Strzępy wiszą z jego panterki.<br />
Jest mi cholernie gorąco. Pot spływa po mojej twarzy, czuję go na plecach, od skorupy na głowie odskakują kamyki. Maska przeciwgazowa podłazi pod brzuch, trze się po zmrożonym błocie. Bagnet uwiera w najgorsze z możliwych miejsc. W prawej dłoni trzymam pasek od karabinu. Przeciągam broń po piachu, kolba obija się o mój łokieć.<br />
Nie mogę wstać. Naokoło śmigają kule, jeszcze ten drut. Gdzie ja jestem. Kątem oka, obok, jak gdyby w jakiejś dolinie, spostrzegam pędzące wozy bojowe oraz czołgi z żołnierzami. Huk wystrzałów dobiega zewsząd.<br />
Koleś przede mną raptem wstaje. Podnosi się z tymi strzępami na plecach i przyskakuje za jakiś załom. Klęka i mierzy gdzieś z karabinu.<br />
Prę przed siebie, bo i mnie kończy się drut. Jeszcze łapie, czuję go gdzieś na udzie, na lewej nogawicy, ciągnę. Wyszarpuję. Puszczam pasek, giwerę chwytam za rękojeść. Podnoszę się z brzucha, garbię, dobiegam do jakiegoś grubego drzewa.<br />
Łapię dech. Opieram się plecami o pień i wycieram pot. Karabin na kolanach. Pas poluzowany, szelki zupełnie przekręcone. Poprawiam bezskutecznie, wracają. Przysiadam na ziemi, zmieniam magazynek. Widzę pełznących za mną kompanów, docierają do krańca odrutowania, zrywają się i biegną chyłkiem gdzieś w bok.<br />
Siedzę za tym drzewem. Nie biegnę. Nie mam zamiaru nigdzie biec. Ktoś niedaleko też się czai. Jak ja. Za pobliskim załomem ziemi. Wyciąga naraz maskę. Obserwuję go trochę, obserwuję przeciwległy skraj lasu, obserwuję czołgi, wozy, rozrzedzone szeregi piechoty.<br />
Sąsiad zakłada swą maskę. Co on robi. Wychylam ostrożnie głowę zza drzewa. Jakiś gaz, jakaś taka biała mgła, jakaś mleczna chmura ciągnie ku nam z naprzeciwka. Znów się oglądam. Gdzie biec. Tylko te pola z drutami i kawał wolnej przestrzeni. Ale tam czołgi, kule, wybuchy, świst, wrzaski piechurów.<br />
Dobywam rozpaczliwie maski. Sąsiad zakłada kombinezon. Zakłada nogawki, zakłada płaszcz. Co on robi. Całe oprzyrządowanie przeciwchemiczne. Nakładam maskę na zdyszaną twarz. Śmierdzi gumą. Za duża. Gdzieś z boku wpływa pod przywrę swobodnie powietrze.<br />
Chmura wyłazi zza mojego drzewa. Robi się biało. Przed oczami. Pochłaniacz. Próbuję oddychać. Słabo. Już jestem w białym gazie. Włazi do środka, jak on to robi. Nieszczelności po bokach. No tak. Wyglądam zza drzewa. Duszę się.<br />
Chwytam karabin. Uciekam z dymu. Lecę schylony ku dolinie z czołgami, śmigają kule, słyszę wybuchy. Gaz drapie mnie w gardle, krztuszę się. Mgła się rozrzedza.<br />
Padam na ziemię. Znowu się czołgam. Zrywam maskę i pluję czerwoną flegmą. Czołgi znikają gdzieś w lesie. Dym przechodzi bokiem. Znowu ten karabin maszynowy. Chyba mnie namierzył. Pruje na całego. Odskakuje ziemia.<br />
Wpadam w jakąś dziurę. Łapię saperkę, nie chce wyleźć. Przeklęty pokrowiec. Jakiś taki popruty, łopatka zahacza bokiem i siedzi w futerale. Skąd ja wziąłem ten pieprzony pokrowiec.<br />
Przywieram do ziemi w zmrożonym leju. Hełm opada na moje oczy. Podnoszę. Odrzucam karabin i znów próbuję wydobyć saperkę. Ciężko, ciężko. Wyłazi. Jest. Mam. Szmatę rozprułem, ale jest. Mam.<br />
I ryję. Twarda ta ziemia. Odrzucam na boki malutkie kawałeczki i ciężko dyszę. Pot zalewa mi oczy. Ocieram brudnym rękawem twarz. W zębach piasek. Jak chrzęści. O rany. Ciągle pluję tą krwią.<br />
Odrzucam saperkę. Już starczy. Mierzę z karabinu. Tylko w co. Ci przede mną, ci w czołgach i wozach. To dobrzy, czy źli. Co to za jedni. Jestem z nimi. A może nie. Nie wiem.<br />
Zrywa się za mną jakiś głośny ryk. Odwracam hełm. To moi. Na pewno. Powyłazili na dobre spod kurewskich drutów. Biegną przed siebie. Jakiś malutki człowieczek cwałuje na przedzie.<br />
Strzały. Ktoś pada. Nie słabnie ten krzyk. Już są blisko. Nie ma mgły. Poszła sobie.<br />
Zrywam się. Dołączam. Do swoich. No chyba. Wydobywam granat. Biorę zamach. Krzyczę. Hura. Rzucam.<br />
Padam. Coś mnie piecze na brzuchu. Co u diabła. Grzmot. Huk. Pewnie mój granat. Nie mam sił. Opinacze fruwają. Co mi w ten brzuch.<br />
Szukam granatów. Już nie ma. Czemu. Gdzie ja jestem. Skąd tyle hałasu. Zgubiłem hełm. Jak to możliwe. Zleciał. Gdzie mój karabin.<br />
No i co tak piecze. Cholera. Co tak pali. Gdzie ja jestem. Nie. To nie może być tak. To niesprawiedliwe. Za co. Dlacze&#8230; (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Powyższy fragment, w przygotowywanej przeze mnie II wersji książki &#8211; gdzie wprowadzić zamierzam podział na rozdziały &#8211; stanowić będzie właśnie taki osobny rozdzialik (choć pod zmienionym tytułem). Poprzednie fragmenty prezentowałem wyrywkowo, tzn. nie były one całymi rozdziałami, tu zrobiłem wyjątek, bo &#8211; po pierwsze &#8211; tekst nie za długi, po drugie &#8211; nijak tego podzielić się nie da. No tak, ale wracając jeszcze do samej idei cytowania mojej koszarowej książki. Dzisiejszym wpisem kończę jej przypominanie. Jeśli kogoś zachęciłem do lektury, będzie mi niezmiernie miło. Pracuję &#8211; jak już wielokrotnie wspominałem &#8211; nad poprawioną i uzupełnioną wersją, zabiegam o powtórne wydanie. Byłoby super, gdyby <em>SPR</em> ukazał się w tej odnowionej postaci i trafił do księgarń. Od 2003 roku, gdy ukazało się I wydanie, wielu byłych podchorążych przeczytało tę książkę (mimo kiepskiej, wręcz niszowej dystrybucji i praktycznie wyczerpanego już dawno nakładu), znakomita większość dzieliła się ze mną później swymi wrażeniami, generalnie były one ciepłe, pozytywne, ogólnie miłe dla mnie jako autora. To dodawało &#8211; i wciąż dodaje &#8211; literackich sił. Na fali tegoż zainteresowania oraz pozytywnych głosów, zachęcany przez najbardziej zagorzałych Czytelników, napisałem jeszcze później kilka opowiadań o koszarowej tematyce. Chodzi tu przede wszystkim o &#8211; nominalnie przynajmniej &#8211; drugą część przygód Konrada, osadzoną już na praktyce oficerskiej, którą zatytułowałem: <em>Uwaga! Po sygnale wydanie broni</em> (2005). Ale to nie wszystko. Później pojawiły się jeszcze inne opowiadania, dalej drążące i dopełniające wątek koszarowy: <em>Kapitan Wójcik</em> (2007), <em>Wino, kobiety i śpiew</em> (2009), <em>Rękawica koloru khaki</em> (2009)&#8230; Jakichś tam motywów służby wojskowej dopatrzeć się można byłoby i pewnie w kilku innych tekstach (np. <em>Brom</em> czy <em>Urywki rzeczywistości</em>), lecz tu wymieniam tylko te najważniejsze. Wciąż zastanawiam się nad pomysłem zestawienia i promowania ich razem &#8211; w jednej, opasłej książce. Nie jestem co do tej idei w stu procentach przekonany (bo różnią się one nieco &#8211; i klimatem, i konwencją, i nawet sposobem narracji)&#8230; Ale zobaczymy. Na razie nie będę obiecywał wpisów z fragmentami następnych utworów. Na pewien czas zawieszam te cykliczne aktualizacje, choć podejrzewam, że już bardzo niedługo do nich powrócę. Jeśli komuś się podobało &#8211; miło mi, gorąco proszę o komentarz, względnie maila. Najciekawsze opinie z wielką przyjemnością nagradzam książkami. A zatem proszę się nie krępować. Cały czas zachęcem też oczywiście do przejrzenia mojego &#8220;prozatorskiego&#8221; archiwum (szczególnie nowych Czytelników). Będę się starał, aby stare wpisy nie zniknęły z witryny, z czasem zaś &#8211; jak już wspominałem &#8211; aby zbiór ten stale się rozrastał. Do następnego fragmentu zatem!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/08/21/test-kontrolno-sprawdzajacy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Akcja podchorążego Moczymordy</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/08/07/akcja-podchorazego-moczymordy/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/08/07/akcja-podchorazego-moczymordy/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 07 Aug 2010 12:54:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=380</guid>
		<description><![CDATA[Powoli finiszujemy z cytowaniem fragmentów książki SPR. Dziś wpis dzięwiąty &#8211; przedostatni z zaplanowanych. Nie są to oczywiście kolejne rozdziały, a jedynie wybrane (i też nie w całości). No ale chronologii się już skrupulatnie trzymam, zamierzenie takie miałem zresztą od samego początku. By &#8211; pracując nad poprawkami do wydania drugiego &#8211; odświeżyć nieco fabułę, w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/07/capstrzyk.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-373" title="capstrzyk" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/07/capstrzyk.jpg" alt="na wozie" width="300" height="200" /></a>Powoli finiszujemy z cytowaniem fragmentów książki <em>SPR</em>. Dziś wpis dzięwiąty &#8211; przedostatni z zaplanowanych. Nie są to oczywiście kolejne rozdziały, a jedynie wybrane (i też nie w całości). No ale chronologii się już skrupulatnie trzymam, zamierzenie takie miałem zresztą od samego początku. By &#8211; pracując nad poprawkami do wydania drugiego &#8211; odświeżyć nieco fabułę, w tekście &#8220;wygładzić&#8221; przy tym to i owo, a potencjalnym Czytelnikom &#8211; co dotąd okazji <em>SPR</em>-u poczytać nie mieli &#8211; powieść w ogólnym zarysie zaprezentować. I dlatego tak od kwietnia przemierzamy sobie (skokowo i raczej pobieżnie) kolejne wydarzenia, którym to kandydaci na oficerów dzielnie stawiać czoła muszą. Dzionek już praktycznie zleciał, zatrzymaliśmy się na capstrzyku i wejściu majora Demona. Jak bardzo sen &#8211; w tytułowej Szkole Podchorążych Rezerwy &#8211; stanem był ulotnym, niechaj świadczy także i dzisiejszy fragment: akcja żołnierza z fantazją, Erotoniusza &#8220;Erosa&#8221; Moczymordy&#8230;</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) – Ee&#8230; – mruczało coś nade mną. – Mm&#8230; Ee&#8230;<br />
Rozwarłem szeroko powieki i raptem spostrzegłem jakąś tajemniczą, trzęsącą się na tle okna, ciemną sylwetkę. Postać była skierowana frontem ku mnie i ku mojej pryczy, jęczała żałośnie i manipulowała coś przy rozporku.<br />
– Hej! – wykrzyknąłem na cały regulator, odpychając natręta i zrywając się ze sprężyn.<br />
Mój sąsiad z lewej poderwał się także na swym wyrze i wytrzeszczył oczy. Zmagałem się z tajemniczym przybyszem, który za wszelką cenę chciał wpakować się na moje łóżko z tym swoim rozporkiem.<br />
– Eros! – oznajmiłem raptem nie wiadomo komu i po co, gdyż udało mi się w końcu zidentyfikować enigmatycznego osobnika. – Co ty tu robisz? Eros!<br />
Ale Moczymorda nie reagował. Parł przed siebie i mruczał niezrozumiale. Kumpel z najbliższego wozu coś tam podpowiadał, choć nie łapałem. Erotoniusz uporał się wreszcie z rozporkiem i wyraźnie trzymał coś w garści. Czuć było od niego alkoholem. Pchnąłem go mocno do kąta, za szafkę. Taboret się przewrócił, zeszyt i długopis poleciały na posadzkę. Moczymorda skulił się w rogu i – niemalże lgnąc do jednej ze ścian – mamrotał zajadle pod zapitym nosem. Jęki, jakie wydawał, zdawały mi się z samego początku wyrazem ogromnego oburzenia, ale po chwili, zanim się w ogóle połapałem, przeszły w jakieś takie cieplejsze westchnienia ulgi.<br />
– Ty! – ryknął mi za uchem mój rozbudzony sąsiad. – On leje! Szcza! Szcza w kącie! Czujesz?<br />
Cóż miałem zrobić. Niby byłem najbliżej akcji, ale cóż takiego miałem właściwie wtedy zrobić. Słyszałem dudnienie silnie sprężonego strumienia cieczy o wypastowane płytki, może nawet i o ścianę. Trwało to ładnych kilkanaście sekund, w czasie których – tu i ówdzie – odzywały się zdumione, choć zaspane głosy poszczególnych podchorążych, na zakończenie zaś rzeczywiście poczułem – w zatęchłym powietrzu naszej izby doleciał mnie ostry fetor uryny. Erotoniusz skończył raptem lać, przesunął z hukiem moją szafkę, potrącił leżący taboret, po czym – trzęsąc się na boki – wylazł na środek pokoju. Postał tam chwilę, ujrzeliśmy go w świetle latarń i księżyca, mruknął, przeciągnął się, wreszcie ruszył ku swej pryczy, a następnie, jakby nigdy nic, uwalił się na wozie. Ktoś coś powiedział, ktoś bezmyślnie zachichotał, ktoś przyświecił po oczach latarką.<br />
Dobiegło nas naraz głośne chrapanie. Zagłuszył je podchorąży Boczek, oznajmiając przytomnie, iż trzeba coś z tym fantem zrobić, bo rano major się wścieknie. Fetor szczyn kręcił trochę w nosie. Wyjrzałem z pryczy w celu oszacowania ogromu powodzi. Ze zgrozą stwierdziłem, iż trzy nogi mego łóżka stoją w rozlanym moczu, tak samo taboret, szafka, tenisówki, długopis i – niestety – zeszyt także. Zrobiło mi się ciepło.<br />
Poderwałem się ze sprężyn, z obrzydzeniem włożyłem nagie stopy w trampki – te na szczęście w środku były suche – i wybiegłem spod podmokłego narożnika.<br />
– Idę po sprzęt – oświadczyłem do kumpli, choć bałem się, nie przeczę, iż jak patyk zostanę sam z tym śmierdzącym problemem.<br />
Wyszedłem na korytarz i udałem się do biurka podoficera. Dyżurny już się zmienił. Ten, co przyjmował listy i udzielał informacji Demonowi, najwyraźniej poszedł się przekimać, bo dwuipółgodzinną drzemkę nie sposób nazwać inaczej. Podoficera też naturalnie nie było, gdyż sypiał tyle, co dwóch dyżurnych razem wziętych. Chłopak z plakietką zrobił wielkie oczy, gdy się tak wynurzyłem w piżamie z półmroku korytarza.<br />
– Słuchaj – rzekłem. – Trzeba by otworzyć kantorek ze sprzętem.<br />
– Teraz?<br />
– Niestety tak – potwierdziłem.<br />
– A co się stało? Czemu nie śpisz?<br />
– Bo, hm&#8230; – Nie wiedziałem, czy owijać w bawełnę, czy mówić całą prawdę. – Robimy rejony – rzekłem wreszcie dyplomatycznie.<br />
– Teraz?<br />
– No teraz. Okazało się, że w pokoju syf, a do rana musi być czyściutko.<br />
– Tylko nie włączać mi światła – oznajmił dyżurny, wyciągając z szufladki klucz. – Idź sobie otworzyć, ja muszę warować.<br />
Wziąłem od kolesia wyświechtany sznureczek z kluczykiem i udałem się do doskonale znanego mi pomieszczenia gospodarczego, w którym składowane były szczotki, szmaty, wiaderka i tym podobne rekwizyty. Teraz asortyment kompanijnego zaplecza przedstawiał się imponująco – do wyboru, do koloru. Cieszyłbym się naturalnie, gdyby nie świadomość, iż powinienem spać, a nie zapieprzać ze ścierami.<br />
Wróciłem do izby, gdzie operacja usuwania skutków powodzi była już w toku. Podchorąży Boczek dyrygował dwójką kolegów, z którymi do spółki odpowiadaliśmy za wygląd pokoiku. Reszta mieszkańców 207-ki leżała na wozach, chichocząc i komentując poczynania aktywistów. Moczymorda chrapał w najlepsze. Pod moją nieobecność partnerzy „spiętrowali” zalaną pryczę z wozem sąsiada, usunęli też szafkę i taboret ze strefy skażonej. Trochę gapiliśmy się po sobie, w końcu jednak wziąłem jedną ze szmat i przystąpiłem do zbierania uryny. Ktoś pobiegł po wodę, ktoś użyczył anemicznej latarki. Cuchnąca rzeczywistość nieco nam się rozjaśniła.<br />
Po jako takim zebraniu feralnej cieczy i przetarciu podłogi suchą ścierą, przystąpiliśmy do nakładania pasty. Nie żałowaliśmy sobie, wylewałem, ile wlazło. Naturalnie okna były już na oścież pootwierane, ciągnęło po piżamce i w ogóle po wszystkim, chcieliśmy jednak za wszelką cenę zgubić ten ohydny smród.<br />
Froterowanie odbyło się natomiast totalnie po omacku, gdyż latarka wysiadła na amen. Ustawiliśmy pryczę, przytachałem do kąta szafkę z mundurem i ułożyłem zeszyt na kaloryferze. Moi pomocnicy pokładli się na wyrach, wziąłem więc instrumenty i ponownie wyszedłem na korytarz. A gdy wróciłem – po odniesieniu szmatek i wiaderka, a także po prowizorycznym przepłukaniu rąk – nie czuć już było prawie żadnego smrodu. Wszyscy leżeli, okno było uchylone tylko w swej górnej części, po staremu. Nikt nie komentował minionych wydarzeń. Postałem chwilę przy upojonym alkoholem koledze z fantazją. Leżał skulony na kocu, prześcieradło zsunęło mu się gdzieś na podłogę. Spał spokojnie i pewnie nie miał najmniejszego pojęcia, jakiego też ambarasu przed momentem narobił. (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Przedstawione powyżej wypadki nie są tylko i wyłącznie zgrabną fikcją literacką. Ostatnio pisałem sporo o grotesce, w jaką książkę obficie wyposażyłem, podchorążackie życie przynosiło jednak wiele sytuacji, do których już praktycznie nic więcej absurdalnego wymyślać nie potrzebowałem. Wystarczyło spisać &#8211; i tak też jest akurat z tym dzisiejszym fragmencikiem. Za 2 tygodnie ostatni, z góry uprzedzam: nietypowy (senna wizja narratora &#8211; kiedy ten już wreszcie jako tako zasypia).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/08/07/akcja-podchorazego-moczymordy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nocna inspekcja</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/07/24/nocna-inspekcja/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/07/24/nocna-inspekcja/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 24 Jul 2010 14:48:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=371</guid>
		<description><![CDATA[Kolejnym fragmentem, jaki początkowo chciałem tutaj zaprezentować, miała być scenka zbiorowego prysznica stada podchorążych. Tak naturalnie z chronologii książki wychodziło, poza tym obrazek to udany, humorystyczny i ogólnie przez Czytelników lubiany&#8230; Ale zmieniłem zdanie. Prysznic pominę. &#8220;Natryskowy&#8221; fragment był bowiem już kiedyś prezentowany na portalu koledzyzwojska.pl, wciąż w tamtejszym archiwum chyba jest jeszcze dostępny. Jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/07/capstrzyk.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-373" title="capstrzyk" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/07/capstrzyk.jpg" alt="na wozie" width="300" height="200" /></a>Kolejnym fragmentem, jaki początkowo chciałem tutaj zaprezentować, miała być scenka zbiorowego prysznica stada podchorążych. Tak naturalnie z chronologii książki wychodziło, poza tym obrazek to udany, humorystyczny i ogólnie przez Czytelników lubiany&#8230; Ale zmieniłem zdanie. Prysznic pominę. &#8220;Natryskowy&#8221; fragment był bowiem już kiedyś prezentowany na portalu <strong>koledzyzwojska.pl</strong>, wciąż w tamtejszym archiwum chyba jest jeszcze dostępny. Jak ktoś poszpera, jak trochę &#8220;pogoogluje&#8221; &#8211; to i znajdzie. Ja natomiast akcję postanowiłem przesunąć już na noc, do wydarzeń po capstrzyku (czyli po godzinie 22). Bo teoretycznie podchorążowie o tej porze powinni grzecznie spać, no ale&#8230; No ale właśnie. Różnie z tym bywało.</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) Na świetlicy było już pustawo. Podchorążowie porozchodzili się do izb, siedział tylko Katar i dwaj szachiści. Dolatywał mnie głos telewizora, chociaż śmiechy były dużo skromniejsze.<br />
Wstałem, wsunąłem siedzisko i pozbierałem zabawki. Na korytarzyku panowała ciemność. Pod izbami czerniły się tylko zarysy żołnierskich buciorów, a jedyne źródło jako takiego światła stanowiła nieodległa klatka schodowa wraz z podoficerskim biurkiem. Ruszyłem doń, bo zostawialiśmy tam nasze listy. Chłopaki na służbie śmigali później, za dnia, do pobliskiej skrzynki, gdzie wrzucali całą kompanijną korespondencję. Jak natomiast docierały do nas listy ze świata, jaka była ich droga na pododdział, tego już dokładnie nie rozszyfrowałem. Pojawiały się po prostu na biurku, posegregowane plutonami, i w czasie przerwy śniadaniowej, względnie przed apelem popołudniowym, trafiały do rąk adresatów.<br />
Dyżurny siedział wciąż na tym samym krzesełku, niedaleko telefonu. Zaznajamiał się z jakąś instrukcją i nawet nie podniósł specjalnie głowy, kiedy kładłem na blacie, na skromnej kupeczce, mój pokraczny list. Popatrzyłem jeszcze chwilę na adres i na imię adresatki, i z ciężkim sercem wróciłem do ciemnego pokoiku.<br />
Gdy się tak znienacka wchodziło, mrok faktycznie zdawał się być czymś nieprzeniknionym. Zamknąłem delikatnie drzwiczki, by nikomu nie uprzykrzać snu, i przez dłuższą chwilę nie ruszałem z miejsca. Nie chciałem wpaść na jakiś taboret, bo przez roztargnienie zostawiano je niekiedy na środku przejścia, tylko usilnie przyzwyczajałem wzrok do panującej w głębi naszej izby ciemni. Zewsząd dobiegał równy świst jedenastu podchorążackich oddechów.<br />
Ujrzałem zarysy łóżek, szafek, taboretów. Ostrożnie postąpiłem parę kroków naprzód, w pobliże czeluści okiennej. Bez przeszkód dotarłem do parapetu, gdzie mogłem już rzec, iż jestem u siebie, tuż przy swoim wozie. Za szybą świeciły cherlawe latarnie, śnieg prószył skąpo, z rzadka przemknął gdzieś jakiś pojedynczy samochód. Chodniki były puste.<br />
Ułożyłem się w końcu na jaskrawym prześcieradle, zdejmując delikatnie tenisówki. Nie chciałem hałasować i skrzypieć drzwiczkami, ograniczyłem się więc tylko do odłożenia zeszytu oraz długopisu na pobliski taboret. Złapałem koniec wałka, wyszarpnąłem go zdecydowanie i okryłem się kocem, który od spodu otulało rozprute na boku, drugie prześcieradło. Sprężyny pryczy zajęczały przy tym brzydko, a koledzy naokoło zamruczeli przez sen.<br />
Leżałem na boku i rozmyślałem sobie sentymentalnie. Wpatrywałem się tępo w okienną poświatę, która z każdą minutą zdawała mi się coraz to jaśniejszą. Ciepło płynęło od kaloryfera, choć uchylany przez nas na noc, górny fragmencik okna, ziębił nieprzyjaźnie po odsłoniętych stopach. Trudno było króciutkim kocem okryć się należycie. Mknęły mi przed oczami obrazki z przeszłości, moje wielkie i beznadziejne zauroczenie, moje spore i płonne nadzieje na zostanie uczelnianym asystentem, obrona dyplomu, jałowe próby znalezienia roboty, wreszcie męska decyzja o zgłoszeniu się po bilet. Wiele rzeczy, jak sobie z żalem dumałem, zmieniłbym chętnie. Nie tak to wszystko miało się potoczyć, nie tak to wszystko miało wyglądać, nie tak to&#8230;<br />
Raptem posłyszałem wyraźnie, że ktoś z rozmachem uchyla nasze drzwi. Już prawie spałem, już prawie odpływałem z tej przeklętej Kiły, gdy naraz w izbie rozbłysło w pełni światło elektryczne. Ktoś, jakiś cymbał, załączył kontakt po capstrzyku. Uczynił rzecz niewyobrażalną, narażając lekkomyślnie cały pododdział na nieprzyjacielski atak bombowy z powietrza.<br />
– Co jest, kurwa? – rzucił ktoś spod drugiej ściany. Widocznie problemy z zaśnięciem miałem nie tylko ja.<br />
Oślepiony blaskiem jarzeniówek odwróciłem się rychło na drugi bok, wytrzeszczając zamroczone źrenice na kontakt i drzwi. A w drzwiach, co odkryłem ze zdumieniem, sterczał majestatycznie, z upiornym wyrazem twarzy, major Demon.<br />
– Co to ma być? – rzucił głucho od progu.<br />
W mgnieniu oka wszyscy, jak jeden mąż, ocknęli się i już nikt nie chrapał, choć nikt też, bo tak byliśmy rozespani, nie zdobył się jakoś na regulaminowy okrzyk „baczność!”. Major spodziewał się widać tego rodzaju faux-pas, gdyż puścił zniewagę płazem, od razu przechodząc do rzeczy.<br />
– Co to ma być? – powtórzył zniesmaczony.<br />
Moje oczy z trudem przyzwyczajały się do nieoczekiwanej jasności. Obserwowałem komendanta szkoły w polowym mundurze, który jak zwykle leżał na nim idealnie. Stał teraz pośrodku naszej komnaty, gdzieś przed północą, i nie bardzo wiadomo, czego tutaj właściwie poszukiwał.<br />
– Co to ma być? – powiedział po raz trzeci, zerkając pogardliwie na suszące się nieopodal skarpetki i majtki.<br />
Umowa była taka. Za dnia, znaczy od szóstej do dwudziestej drugiej, nic nieregulaminowego nie znajduje się w izbie, przynajmniej nie na widoku. Sami kaprale tak nam przykazali i tak nas przyzwyczaili, zaznaczając jednak, iż między capstrzykiem a pobudką, a nawet przed samym wyjściem kompanii na śniadanie, możemy trzymać sobie na kaloryferach wyprane rzeczy i nic do nich nie mają. Jak rzekłem, taka była umowa, niepisana wprawdzie, aleśmy się jej konsekwentnie trzymali i dotąd nie wybuchały z tego tytułu żadne awantury. Dlatego teraz patrzyliśmy oniemiali na kruczoczarne włosy majora i jego krwiste, wymalowane szminką usta.<br />
– Służba! – ryknął naraz major. – Służba do mnie!<br />
Na korytarzu przewróciło się z hukiem jakieś krzesełko, coś poklepało trochę o twarde lastryko, a po sekundce ukazał się w drzwiach zdyszany podchorąży. Naturalnie był odziany w beret, mundur z plakietką i błyszczące opinacze.<br />
– Panie majorze – podjął energicznie – dyżurny dziewięćdziesiątej dziewiątej kompanii SPR, szeregowy podchorąży Wafelek melduje się na rozkaz!<br />
Major teatralnie wydął swe wymalowane usta.<br />
– Gdzie dowódca? – ryknął do chłopaka z plakietką. – Gdzie Karakan?<br />
Dyżurny zatrząsł się trochę, ale prędko opanował drżenie nóg. Wyprężył się i, z zachowaniem wszelakich form, zwięźle poinformował skropionego perfumami oficera:<br />
– Melduję, panie majorze, że na tarasie. Poszedł na taras.<br />
Demon raz jeszcze popatrzył pogardliwie na nasze skarpetki i bezwstydne majtki.<br />
– Kiedy będzie? – zapytał szorstko dyżurnego.<br />
– Melduję, panie majorze – oświadczył tamten służbowo – że zaraz. Pan porucznik powiedział, że wychodzi na taras, ale wraca zaraz. Tak powiedział&#8230;<br />
Major łypnął po kolei na każdego z nas, a następnie zwrócił się ku drzwiom.<br />
– Ja tu widzę niezły burdel – oświadczył jeszcze na odchodnym, po czym zniesmaczony definitywnie opuścił nad wyraz syfiastą norę.<br />
Dyżurny odskoczył mu z drogi natychmiast, a gdy tamten wyszedł, prędko zgasił światło i zamknął drzwi od drugiej strony. (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Powyższy fragment jest dobrym przykładem groteski, jaką w sporej ilości wplotłem w książkę <em>SPR</em>. Być może już kiedyś tłumaczyłem się z tego &#8220;zjawiska&#8221;. Zastrzegałem, że nie do końca typowy to pamiętnik. Raczej próba uchwycenia wykrzywionej rzeczywistości, w jakiej przyszło mi (narratorowi) podczas wojskowej służby egzystować. Bo przecież w koszarach trudno było o logikę. Zwyczajną, normalną, pozornie oczywistą. Więc aby podkreślić pewien (wszechobecny &#8220;na jednostce&#8221;) absurd &#8211; uciekam się w tej mojej quasi-pamiętnikarskiej książce do groteski. A chciałem o tym wspomnieć, by ktoś &#8211; na ten przykład &#8211; nie poczuł się rozczarowany, z nieco innym nastawieniem sięgając po lekturę. Kiedy dziś czytam sobie tę moją opowiastkę (luźno rzecz ujmując: wspomnienia), to mam wrażenie, że bardzo trudno byłoby postronnemu &#8211; czyli &#8220;nieskażonemu&#8221; mundurem &#8211; odbiorcy taką groteskowo-absurdalną fikcję od realizmu i prawdy oddzielić. Choć może się mylę? Nie wiem, być może&#8230; Za dwa tygodnie jeszcze jeden fragmencik o tym, jak trudno było (nawet po capstrzyku) o spokojny sen, na koniec natomiast &#8211; jako scenkę numer 10, bo tyle <em>SPR</em>-owskich wpisów obiecałem &#8211; planuję sam sen. Ten już w ogóle niewiele wspólnego z koszarami chyba ma (jak to wizja), no ale &#8211; aby sobie jak najwłaściwszy pogląd na temat książki wyrobić &#8211; także jest potrzebny.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/07/24/nocna-inspekcja/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Agent specjalny na pododdziale</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/07/10/agent-specjalny-na-pododdziale/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/07/10/agent-specjalny-na-pododdziale/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 10 Jul 2010 06:42:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=352</guid>
		<description><![CDATA[Po krótkiej przerwie &#8211; związanej z premierą albumu Zbieram na piwo &#8211; wracam do cyklicznego prezentowania fragmentów odnowionej powieści SPR. Obiecałem ich 10, było już 6. Wnikliwi Czytelnicy zapewne pamiętają, że zatrzymaliśmy się na opowieści kaprala Czereśniaka. Pluton następnie &#8211; powróciwszy z kolacji i ekspresowych zakupów &#8211; przystępuje do realizowania wieczornej części programu. Jest tego [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/07/akwizytorom_dziekujemy.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-354" title="akwizytorom_dziekujemy" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/07/akwizytorom_dziekujemy.jpg" alt="Akwizytorom dziękujemy" width="300" height="200" /></a>Po krótkiej przerwie &#8211; związanej z premierą albumu <em>Zbieram na piwo</em> &#8211; wracam do cyklicznego prezentowania fragmentów odnowionej powieści <em>SPR</em>. Obiecałem ich 10, było już 6. Wnikliwi Czytelnicy zapewne pamiętają, że zatrzymaliśmy się na opowieści kaprala Czereśniaka. Pluton następnie &#8211; powróciwszy z kolacji i ekspresowych zakupów &#8211; przystępuje do realizowania wieczornej części programu. Jest tego dużo, jak stwierdził Karakan na popołudniowym apelu, no ale cóż&#8230; Dzisiejszy fragmencik to jeden z moich ulubionych. Myślę, że trochę wpisuje się on w klimat powszechnej &#8220;niepewności i niedoinformowania&#8221;, który sygnalizowałem już przy okazji wpisu &#8220;Eksperyment medyczny&#8221;. Tutaj zatem luźna kontynuacja.</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) Za zestawionymi do kupy trzema stoliczkami siedział porucznik Karakan i szeptał z jakimś tajemniczym cywilem w garniturze i okularach. Obok nich, na krzesełku, znajdowała się jeszcze jakaś atrakcyjna paniusia w białej bluzeczce z szerokim dekoltem oraz krótkiej, ciemnej spódniczce. Siedziała tuż przy obywatelu w okularach, nos miała wetknięty w jakieś papiery, nogi zaś założone wyzywająco. Nie zwracała najmniejszej uwagi na nachalne spojrzenia, niestosowne uwagi i ordynarne myśli setki przegłodzonych facetów. W sumie musiała być odważna, przychodząc tu do nas w takim – a nie innym – stroju, w takim – a nie innym – momencie. To znaczy wtedy, gdy podchorążowie zaczynali już pożądliwie zerkać nawet na otyłe kucharki.<br />
Karakan nakazał pozajmowanie miejsc. Oczywiście nie było na świetlicy tylu krzesełek co podchorążych, niektórzy więc stali (w tym ja), lecz porucznik już na wstępie oświadczył, iż spokojnie się pomieścimy, bo nie wszystkich sprawa, w jakiej nas tu wezwano, będzie dotyczyła. Oparliśmy się więc o ściany, względnie parapety, niektórzy spoczęli na podłodze i czekaliśmy. Karakan zaś podjął tak:<br />
– Panowie podchorążowie! Chciałbym przedstawić wam pana Niewiadomskiego, jak również jego asystentkę, śliczną pannę Wiolettę. Państwo pracują w ubezpieczeniach i przyszli wam pomóc. – Podporucznik zaczął klaskać, podjęliśmy więc prędziutko owacje na stojąco za naszym dowódcą. Brawa trwały może z dziesięć sekund, w czasie których gość w garniturze ładnie się skłaniał, asystentka natomiast wciąż pozostawała niewzruszona. – Ale najpierw trochę tu przerzedzimy. – Karakan obszedł stolik i zatrzymał się na środku. – Kto z panów pracował przed służbą? No? Kto był oficjalnie zatrudniony w cywilu?<br />
Tu i ówdzie podniosły się naraz pojedyncze kończyny. W pierwszej chwili nie zrozumiałem do końca pytania, sąsiad jednak wyjaśnił mi, że chodzi o jakieś składki i formalną umowę o pracę. Takowej nigdy dotąd nie miałem okazji podpisywać, studiowałem dziennie, a zaraz po dyplomie zgarnęli mnie do woja&#8230;<br />
Jednak ci, co pracowali, opuścili żołnierską świetlicę. Zaczynało się osobliwie, ale po tylu ciekawych ankietach i tylu zajmujących sondażach nic nas już właściwie nie dziwiło. Bywało na przykład tak, że kapral Czereśniak wchodził znienacka do izby i pytał: kto czytuje na pododdziale beletrystyczne książki? Podnosiliśmy w paru ręce, wtedy zaś nasz dowódca mówił: w takim razie – nazwiska, lista i do biurka podoficera. Tak, nic nas już nie dziwiło. To, czy ktoś pracował, czy nie, to była pestka. Najnormalniejsze pod słońcem zapytanie.<br />
Usiadłem na zwolnionym taborecie. Salkę opuściło w sumie niewielu podchorążych, może gdzieś tak z jedna czwarta ogólnego stanu. Pozostali – jak łatwo wydedukować – legitymowali się podobnymi do mego życiorysami zawodowymi, stąd taborety raczej się nie marnowały.<br />
– Panowie – ciągnął dobrotliwie Karakan – nie wiem, czy wiecie, czy jesteście świadomi, ale wraz z podjęciem służby, co miało miejsce na początku tego miesiąca, nawiązaliście stosunek pracy, gdyż pobieracie żołd. Płacimy wam uposażenie, odprowadzamy też ubezpieczenia i wszelkie składki, w tym emerytalne. No i&#8230; – Tu podporucznik trochę się zawahał. – Jest taka sprawa, że powinniście zdecydować się na jakiś fundusz. Zgodnie z ustawą emerytalną, no&#8230; Tego tamtego&#8230; A w okresie unitarnym nie wolno wam opuszczać koszar, więc&#8230; Tak sobie pomyślałem, że zrobię wam przysługę i pozwoliłem sobie zaprosić do nas państwa z towarzystwa ubezpieczeniowego&#8230; – Karakan ponownie jął głośno klaskać. Dołączyliśmy skrupulatnie, choć osobiście nadal niewiele z tego wszystkiego rozumiałem.<br />
W końcu nasze owacje umilkły, a oficer kontynuował:<br />
– Pan Niewiadomski robi wam przysługę. Przyjeżdża tu do nas na pododdział w swoim wolnym czasie, zabiera też wieczór pięknej pani asystent&#8230;<br />
Chłopaki znów zaczęli klaskać, ale dowódca uciszył ich natychmiast.<br />
– Dobrze! – ryknął. – Dobra! Będzie! Już będzie!<br />
Aplauz został powstrzymany, słuchaliśmy dalej.<br />
– Zatem musicie wybrać sobie fundusz emerytalny – wykładał Karakan. – Czasu nie ma wiele, właściwie nie ma wcale, bo jak dzisiaj sobie nie wybierzecie, to was będą jutro losować i traficie nie wiadomo gdzie. Ja was oczywiście do niczego nie namawiam, niczego wam nie sugeruję, ani, broń Boże, nie rozkazuję, ale lepiej, panowie, lepiej sobie to przemyślcie i się zastanówcie. Macie wybór&#8230; Przyprowadziłem wam pana agenta z najlepszego na świecie towarzystwa. W rankingach plasuje się ono wysoko, w ścisłej czołówce, tak że, panowie, przed wami wybór&#8230; Czy chcecie się zapisać do tego najlepszego towarzystwa, czy wolicie być losowani i zdacie się na ślepy los. No?<br />
Teraz rozumiałem. Karakan wyłożył karty na stół, a na sali było cicho. Nikt już nie oklaskiwał pięknej pani asystentki.<br />
– No – powtórzył raptem nasz dowódca. – Tak że ja was tu z panem agentem zostawiam i niczego wam nie sugeruję. – To powiedziawszy, porucznik wyszedł ze świetlicy.<br />
Agent ubezpieczeniowy uśmiechnął się do nas przymilnie, podniósł z krzesełka, poprawił okulary, a po chwili zabrał głos:<br />
– Witam panów! – Nabrał głęboko powietrza. – Nazywam się Niewiadomski, rzeczywiście robię w ubezpieczeniach. Związałem się z bardzo dobrym towarzystwem, a mówiąc prawdę, z najlepszym na świecie. Wiem, brzmi nieskromnie, ale tak jest i już. Nic na to nie poradzę. Rankingi nie kłamią. Czasem jakieś pismaki umieszczają nas trochę niżej, ale to z zawiści&#8230; No, więc przyszedłem tu do panów podchorążych, aby zaproponować wam wybór mojego towarzystwa. Bo w przeciwnym razie, jak powiedział pan Karakan, będziecie losowani i traficie do jakichś gównianych partaczy, co rozpieprzą wasze oszczędności. A wiecie zapewne, że to sprawa najważniejsza. Teraz jeszcze nie myślicie o przyszłości, o emeryturze, ja wiem, ale to błąd. Mówię wam, po prostu o przyszłości warto pomyśleć, więc najlepiej zrobicie, jak się dzisiaj u mnie zapiszecie&#8230;<br />
Tere-fere, gadka-szmatka, obiecanki-cacanki. Nie byłem pewny, czy przeżyję kolejny dzień, czy wyjdę bez szwanku z całej tej kabały, a tu mi ględzą od rzeczy. Zresztą, kalkulowałem sobie dalej, może i niegłupio facet mówi, tylko czemu przylazł sam. Czemu Karakan nie poprosił jeszcze kogoś. Też mi wybór. Jakby ich było czterech, no, może trzech, a choćby i dwóch. Ale sam jeden. Nie. Nie lubię, nie przepadam za takimi cwaniaczkami. Sztama z Karakanem to jeszcze nie wszystko. Przynajmniej nie dla mnie.<br />
– Powoli, panowie – komenderował już agent w garniturze. – Nie pchajcie się, wszyscy zdążą. Stańcie w dwóch rzędach, do mnie i do pani Wioli. Przygotujcie sobie dowody.<br />
Moi kamraci z kompanii, podchorążowie, ludziska wykształceni, elita, rzucili się raptem na agenta i jego wymalowaną paniusię. Przekrzykiwali się nawzajem:<br />
– To gdzie mam podpisać?<br />
– Ja tu stałem!<br />
– Ja chcę do pani!<br />
– Byłem pierwszy!<br />
– Spierdalaj! (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Tak więc podchorążych, jak widać, zręcznie postawiono przed niemałym dylematem, niczego oczywiście wcześniej nie objaśniając i nie zapowiadając&#8230; Krótka piłka &#8211; mówiąc krótko. Ano tak. I do takiego stwierdzenia dzisiaj swój komentarz raczej ograniczę.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/07/10/agent-specjalny-na-pododdziale/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zbieram na piwo</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/06/21/zbieram-na-piwo/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/06/21/zbieram-na-piwo/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 21 Jun 2010 14:40:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[news]]></category>
		<category><![CDATA[megatotal]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=322</guid>
		<description><![CDATA[Już jutro, 22 czerwca 2010 roku, ukaże się mój debiutancki album muzyczny – longplay o tytule Zbieram na piwo. Podkreślam tutaj słowo “longplay”, bo wcześniej – formalnie rzecz biorąc – zrealizowałem coś w rodzaju demonstracyjnej EP-ki (2004) oraz singla (2009), ale nie traktuję tamtych fonograficznych ciekawostek jako pełnoprawne płyty. Niech pozostaną – jak napisałem – [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/longplay.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-317" title="longplay" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/longplay.jpg" alt="zbieram na piwo" width="300" height="200" /></a>Już jutro, 22 czerwca 2010 roku, ukaże się mój debiutancki album muzyczny – longplay o tytule <em>Zbieram na piwo</em>. Podkreślam tutaj słowo “longplay”, bo wcześniej – formalnie rzecz biorąc – zrealizowałem coś w rodzaju demonstracyjnej EP-ki (2004) oraz singla (2009), ale nie traktuję tamtych fonograficznych ciekawostek jako pełnoprawne płyty. Niech pozostaną – jak napisałem – ciekawostkami, w jakiś tam sposób uzupełniającymi moją dyskografię, którą jednak zdecydowanie otwiera LP <em>Zbieram na piwo</em>. Płyta tłoczona, z hologramem, z profesjonalną poligrafią oraz grubą książeczką…</p>
<p>No a przede wszystkim artystycznie przemyślana i przyzwoicie wykonana. Bardzo dumny jestem z tych 12 nagrań, których dokonałem pomiędzy majem a grudniem 2009 (bo tyle trwały prace nad samą rejestracją ścieżek). Wyciągnąłem wnioski z kilku wcześniejszych wizyt w studiach nagraniowych, obmyśliłem sobie wszystko, efekt końcowy naprawdę mnie satysfakcjonuje – co nie znaczy, że w przyszłości nie chciałbym, aby nowe utwory zabrzmiały jeszcze lepiej i bardziej atrakcyjnie.</p>
<p>Postawiłem na proste piosenki, bez zbytniego kombinowania. Z dość dużej ilości własnych kompozycji wybrałem swoiste “the best of”. Nie chciałbym tutaj powielać tego, co napisałem do książeczki w płycie, ale w skrócie powiem tylko, że album jest czymś w rodzaju takiego przekroju przez różne etapy mojego “rokendrolowania”. Otwiera go pierwsza udana piosenka, jaką w życiu napisałem (<em>Fahrenheit 451</em>) z 1993 roku, kończy zaś ambitna, w pewnym sensie autobiograficzna i rozrachunkowa <em>Promenada Pseudobohaterów</em> (z 2004 roku). Duży rozrzut. Mimo spójności samych nagrań wydaje mi się, że “rozrzut” ten słychać wyraźnie. 12 lat i 12 utworów – tak jakoś symbolicznie wyszło…</p>
<p>Album <em>Zbieram na piwo</em> można nabyć bez problemu w internetowym sklepie wydawcy, na allegro, można go nabyć także i za tzw. megagrosze (którymi operujemy w serwisie <strong>megatotal.pl</strong> – na tamtejszym bazarku). Planowana jest dystrybucja i sprzedaż “naziemna” megatotalowych płyt, no ale to już nie ode mnie zależy… Zgodnie z duchem czasów utwory można też będzie ponadto zakupić w postaci plików mp3 (w sklepie <strong>MegaTunes</strong>).</p>
<p>Track-lista:<br />
01. <em>Fahrenheit 451</em> (3:32)<br />
02. <em>Sześć tygodni w balonie</em> (3:03)<br />
03. <em>Plaża</em> (3:53)<br />
04. <em>Zbieram na piwo</em> (3:29)<br />
05. <em>Kawałek prostego bitu</em> (2:39)<br />
06. <em>Zielona sukienka</em> (3:36)<br />
07. <em>Klej</em> (2:00)<br />
08. <em>Spam</em> (3:24)<br />
09. <em>Tramwaj</em> (2:24)<br />
10. <em>Jesień</em> (2:50)<br />
11. <em>400 gram nadziei</em> (4:01)<br />
12. <em>Promenada Pseudobohaterów</em> (2:41).</p>
<p>Wydawca: <strong>SFERA</strong> (numer katalogowy MEGASP0030).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/06/21/zbieram-na-piwo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieść kaprala</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/06/12/opowiesc-kaprala/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/06/12/opowiesc-kaprala/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 12 Jun 2010 18:04:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=304</guid>
		<description><![CDATA[Dzisiejszy fragment zatytułowałem dokładnie tak, jak jeden z rozdziałów powieści (a wiedzieć trzeba, że dotychczas starałem się tego unikać &#8211; to znaczy tytuły scenek świadomie rozmijały się z książkowymi). Tym razem jednak o celniejszy tytulik byłoby mi trudno&#8230; Rozdział ten jest piętnastym, natomiast jeżeli chodzi o cytowanie powieści SPR na niniejszej stronce &#8211; poniżej odsłona [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/06/budka.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-305" title="budka" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/06/budka.jpg" alt="kanciapa ochroniarza" width="300" height="200" /></a>Dzisiejszy fragment zatytułowałem dokładnie tak, jak jeden z rozdziałów powieści (a wiedzieć trzeba, że dotychczas starałem się tego unikać &#8211; to znaczy tytuły scenek świadomie rozmijały się z książkowymi). Tym razem jednak o celniejszy tytulik byłoby mi trudno&#8230; Rozdział ten jest piętnastym, natomiast jeżeli chodzi o cytowanie powieści <em>SPR</em> na niniejszej stronce &#8211; poniżej odsłona szósta. W sumie tych fragmencików planuję tutaj 10. Jeżeli kogoś zainteresują &#8211; polecam książkę. Oczywiście wciąż istnieje tylko wersja z 2003 roku (wydanie pierwsze), jednakże poprawki i uzupełnienia mam już na ukończeniu &#8211; i będę &#8220;walczył&#8221; o wznowienie. Szerzej o tym zamiarze w zakładce &#8220;WSPOMNIENIA Z SPR&#8221;. A sama scenka odbywa się po kolacji. Podchorążowie znów wracają z posiłku, tym razem kapral Czereśniak wspaniałomyślnie &#8220;wykrawa&#8221; już jednak dla nich troszkę czasu i umożliwia zrealizowanie skromnych zakupów u lokalnego biznesmena. Przy okazji snuje opowieść, zaznajamiając podopiecznych z zagrożeniami, jakie czyhają na nich podczas służby wartowniczej&#8230;</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) – Panie kapralu – rzucił Wesołek, gdyśmy wydostali się już z jadłodajni tylnym wyjściem ewakuacyjnym. – Weźmie nas pan do Mandaryna?<br />
– Zobaczymy – powiedział Czereśniak. Mroźne powietrze chlastało w twarz, szczypało po uszach, wargach i nosie. Zaczynała się kolejna zimowa noc. – Na wprost marsz! – polecił dowódca, a my ruszyliśmy.<br />
Mając w pamięci świeże perypetie z krokiem i majorem Demonem, przybijaliśmy równo, nucąc piosenkę. Kapral nie ułatwiał nam jednak zadania, gdyż bawił się lodem, podkopując ustawicznie przygodne kawałeczki pod czyjeś nogi. Szedł z boku i patrzył zaciekawiony, co z tego wynika i jak się potykamy. Niemniej, kiedy dobijaliśmy do kluczowego dla nas rozwidlenia ścieżek, oznajmił łaskawie:<br />
– Kierunek prawo!<br />
Skręciliśmy i już nic nie mogło nam zagrodzić drogi do kanciapy Mandaryna. Był to niewielki barak, właściwie kiosk, prowadzony przez lokalnego biznesmena, zwanego Mandarynem. Nie mam pojęcia, skąd taka ksywa. Dość powiedzieć, że był nieźle zaopatrzony i generalnie nie posiadał konkurencji. Wprawdzie na jednostce znajdowały się jeszcze dwie inne – rozsiane po koszarowych krańcach – kantyny, ale Mandaryn był najbliżej, niejako po drodze, i w tygodniu tylko jego, od czasu do czasu, odwiedzaliśmy z naszym kapralem. Nie mam również żadnego pojęcia, czy obowiązywał tutaj jakiś układ, jakaś cicha zmowa, nakręcaliśmy wszakże zaradnemu biznesmenowi całkiem przyzwoite obroty.<br />
Zasada była prosta: paru ludzi bierze od reszty zamówienia, wchodzi do kiosku – więcej i tak by się tam nie pomieściło – i kupuje co trzeba. Niekiedy udawało mi się załapać do tej grupy, a niekiedy i nie. Czasem prosiłem po prostu kogoś z pokoju, by kupił mi picie, papier toaletowy, znaczek na list, długopis, batonika czy coś w tym rodzaju. Zazwyczaj drobiazgi, bez których ciężko było jednak egzystować.<br />
Koledzy rzucili się do skromnej kanciapy. Natychmiast powstała długa kolejka, która ciągnęła się jeszcze poza drzwi baraku. Wrota jednak zamknięto, bo Mandarynowi było zimno, i staliśmy już za drzwiami. Palący zakurzyli, a kapral spacerował wokół kiosku.<br />
– Widzicie tamtą budkę? – zaczął przy którymś okrążeniu. Zatrzymał się przy naszym ogonku i chwilkę zbierał myśli.<br />
Kolejka posuwała się leniwie, gdyż – aby ktoś mógł wejść – wcześniej ktoś z zakupami musiał naturalnie wyjść. Postanowiłem stać w owej kolejce konsekwentnie, bo do drzwi nie było daleko. A w ostateczności zawsze mogłem prosić jeszcze kogoś bliżej lady o nieduże sprawunki.<br />
– Miałem tam wartę – ciągnął kapral, choć nie dostrzegaliśmy we wskazywanym przezeń mroku właściwie niczego. – Ze sto metrów stąd. Teraz faktycznie słabo widać, ale popatrzycie sobie za dnia. A zresztą i tak niedługo sami się przekonacie. – Machnął ręką. – Już niedługo. Też was warty nie ominą, zobaczycie. Z tydzień, może ze dwa po przysiędze, zobaczycie sami. Zakuwajcie teraz prawa, zakuwajcie użycia broni i inne pierdoły, kujcie to, cośmy wam podyktowali, bo się mogą przydać&#8230;<br />
Słuchaliśmy kaprala z coraz to większym zaciekawieniem. Nieraz zbierało mu się na dziwaczne wynurzenia, które jednak były dla nas nieocenioną – i właściwie jedyną – skarbnicą wiedzy o kilskich obyczajach.<br />
– Więc miałem tam wartę – kontynuował niedbale Czereśniak, a ja zauważyłem, że nawet palący podchorążowie zbliżyli się jakoś tak cichaczem i nadstawili ciekawie uszu. – Zimno było jak skurwysyn, koniec listopada&#8230; Więc chodzę sobie, wiecie, naokoło budki. Chodzę i nadsłuchuję. Było już ciemno, tak gdzieś jakby teraz, wiecie. Chodzę sobie, a tu nagle, normalnie, jakieś takie szmery z magazynu. Nic, myślę sobie, pewnie szczury, ale na wszelki wypadek idę w tamtym kierunku i trzymam broń. Postałem se trochę, ale się uspokoiło. Więc wracam do budki. Wracam, patrzę, a tu normalnie jakiś palant grzebie w moich rzeczach. Normalnie, wiecie, złodziej. Wlazł do budki i coś tam ogląda. Wkurwiłem się i wołam do gościa „padnij!”. Tamten się ogląda, ale siada na podłodze. Kazałem mu się uwalić na ziemi, no to się położył i leży. Chyba widział giwerę. Leży, ja dzwonię do dowódcy i mówię, że jest taka a taka sprawa, że mam złodzieja na muszce. Przytrzymaj go, mówią mi przez radio, już jedziemy. Facet leży, ale się przysłuchuje i głupio na mnie gapi. Ręce mi trochę drętwiały. Tamten to chyba wyczuł, bo się nagle, idiota, zrywa. I biegnie w noc. Wołam za nim „stój!”, tamten nic. Wołam „stój, bo strzelam!”, nic. Odbezpieczyłem broń, nic. Grzmotnąłem w niebo, nic. Facet biegnie przed siebie. No to wziąłem – opowiadał z flegmą Czereśniak – przymierzyłem i bum. Ciągnę go po nogach, wiecie, żeby nie zabijać. Facet w końcu pada i zaczyna wrzeszczeć. Czyli żyje, myślę sobie, a to heca. Nic mu nie będzie, wyliże się. Uszedłem kawałek, ale zaraz przyjechali z wartowni i go szybko zwinęli. Okazało się potem, że mu trochę nogi pokiereszowałem, wiecie, dostał po nogawicach, ale w sumie nic takiego. Aha, no i jeszcze, wiecie&#8230; – Tu kapral głośno zachichotał. – Gacie to miał podobno calutkie posrane. Rozumiecie, calutkie posrane&#8230;<br />
Ktoś wyszedł od Mandaryna. Była moja kolejka, ale przez chwilę nie wchodziłem. Nikt mnie nie poganiał, każdy był zamyślony i zapatrzony w kaprala Czereśniaka. Chyba nabieraliśmy do niego jakiejś takiej nowej odmiany szacunku.<br />
– No i jak to jest? – zapytano w końcu. – Panie kapralu, jak to jest?<br />
– Co?<br />
– No strzelać do człowieka?<br />
– Ee&#8230; – Czereśniak wzruszył ramionami. – Dali trzy dni urlopu. (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Fotka to oczywiście zgrywa. Nie przedstawia żadnej autentycznej budki wartowniczej. A raczej kanciapę ochroniarza przed jednym z&#8230; No właśnie. Nawiasem mówiąc pragnę ogłosić tutaj mały konkursik: jeśli ktoś wie dokładnie, gdzie to jest (znaczy gdzie ukradkiem strzeliłem fotkę), niech pisze na maila &#8211; lub najlepiej tę lokalizację od razu wskaże w komentarzu &#8211; a otrzyma skromny upominek. Co takiego? Jasna sprawa, że egzemplarz książki <em>SPR</em>. Kto pierwszy, ten lepszy!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/06/12/opowiesc-kaprala/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Eksperyment medyczny</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/29/eksperyment-medyczny/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/29/eksperyment-medyczny/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 22:36:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=268</guid>
		<description><![CDATA[Dziś króciutki fragment z wojskową służbą medyczną w tle. Pododdział zostaje zagoniony do naprędce zorganizowanego gabinetu lekarskiego. W jakim celu? Odpowiedź poniżej. Napięty, przygotowany przez podporucznika Karakana program dnia podchorążowie realizują zatem konsekwentnie. &#8220;Medyczny&#8221; fragment nie jest jakimś wyjątkowym, w zasadzie trudno nawet powiedzieć, by dla SPR był typowym, no ale przydaje książce kolorytu i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/gabinet_lekarski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-269" title="gabinet_lekarski" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/gabinet_lekarski.jpg" alt="w gabinecie" width="300" height="200" /></a>Dziś króciutki fragment z wojskową służbą medyczną w tle. Pododdział zostaje zagoniony do naprędce zorganizowanego gabinetu lekarskiego. W jakim celu? Odpowiedź poniżej. Napięty, przygotowany przez podporucznika Karakana program dnia podchorążowie realizują zatem konsekwentnie. &#8220;Medyczny&#8221; fragment nie jest jakimś wyjątkowym, w zasadzie trudno nawet powiedzieć, by dla <em>SPR</em> był typowym, no ale przydaje książce kolorytu i ułatwia czytelnikowi &#8211; mam nadzieję &#8211; odpowiednie &#8220;wczucie się&#8221; w klimat ciągłej niepewności, stresu i braku jakiejkolwiek informacji. A w takiej to atmosferze trzymano przecież stada kandydatów na przyszłych oficerów rezerwy&#8230;</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) Czekaliśmy też niecierpliwie na zmianę stroju na kompanii i – trzeba rzec – wkrótce doczekaliśmy się, choć na zmianę bardzo nietypową – góra skóra, dół po staremu (czyli moro i opinacze). Zdziwieni odpinaliśmy pasy, zdejmowaliśmy maskujące marynarki oraz koszulki koloru khaki, a następnie – obnażeni do pasa – dywagowaliśmy niewesoło na twardych taboretach.<br />
– Pierwszy i drugi pluton, zbiórka przed biurkiem podoficera! – zakrzyczano raptownie, przerywając nasze zgadywanki.<br />
Wyleźliśmy i w jakieś sześćdziesięciu chłopa, po porachowaniu nas przez dwójkę kaprali, kazano zejść całości piętro niżej – na 101. kompanię. Tam pierwszy pluton od razu zniknął w świetlicy, my zaś ustawiliśmy się w kolejce przy ścianie. Tutejsi podchorążowie częstowali nas ironicznymi uśmieszkami, ale nie byli specjalnie rozmowni. W ogóle prędko poznikali we własnych komnatach, ostentacyjnie zamykając wszystkie wrota przed naszymi nosami.<br />
Minęło paręnaście minut, a pluton pierwszy wylał się na korytarz. Wszyscy mieli skwaszone miny, gdzieś powyżej łokcia trzymali się za obnażone kończyny i dociskali do skóry białe kawałeczki waty. Trochę nas to zaniepokoiło. Koledzy – szybko udający się na górę – zdążyli poinformować nas jeszcze półgębkiem, żeby być przygotowanym na solidne kłucie.<br />
W końcu dostaliśmy zaproszenie do środka. Świetlica była tu podobna do naszej, zaopatrzona w telewizor oraz regały z militarnymi pisemkami, masę krzesełek, trochę mniej stoliczków oraz przepierzenie, które było jednak rozwarte na oścież. Pod oknem stały kwiatki. Wokół ścian porozstawiano siedziska, przy stolikach siedzieli dwaj młodziutcy żołnierze z ogromnymi kajecikami, a także – nieco dalej – jakiś brodaty jegomość w białym kitlu i z ogromnym, złotym sygnetem na palcu. Po całym pomieszczeniu kręciły się dwie ponętne, choć niemłode już pielęgniarki z długimi włosami.<br />
Nastąpiło wyczytywanie ciągu nazwisk w kolejności alfabetycznej. Chłopaki podchodzili po kolei do ewidencjonujących pisarzy, później do lekarza, który badał ich bardzo pobieżnie i pielęgniarek, wstrzykujących coś tam pod skórę. Znalazłem się pod koniec kolejki. Niektórzy grymasili przy lekarzu, kilku kolegów zażądało wyjaśnień, ktoś poprosił nawet – zdaje mi się, że podchorąży Spławik – o termometr, utrzymując, iż nie czuje się najlepiej.<br />
Przyszła kolej na mnie, podałem dane młodziutkiemu pisarzowi. Były to bardzo różne rzeczy, począwszy od imienia ojca, daty urodzenia, wagi i wzrostu, a skończywszy na szkolnych osiągnięciach sportowych, przekonaniach politycznych i preferencjach seksualnych. Później lekarz – wraz z jedną z pielęgniarek – obejrzał mnie sobie przelotnie, zapytał o choroby w rodzinie i zmierzył ciśnienie. W czasie owego pomiaru, kiedy starałem się uspokoić rozpędzające się na widok białego fartucha tętno, siostra odezwała się cichutko do lekarza:<br />
– Panie doktorze.<br />
– No – mruknął doktor. – Co tam?<br />
– Tamten podchorąży, ten Spławik, jest jednak bardzo chory&#8230;<br />
– Ee, tam&#8230;<br />
– Ma wysoką temperaturę.<br />
– Ee, tam&#8230; Nic mu nie będzie.<br />
– Panie doktorze. – Pani w białym kitlu nie dawała za wygraną. – Ale on ma naprawdę bardzo wysoką temperaturę&#8230;<br />
– To znaczy?<br />
– Trzydzieści dziewięć i osiem dziesiątych.<br />
– No i co z tego? – zapytał doktor.<br />
– Może by go tak faktycznie pozostawić na izbie chorych?<br />
– Ee, tam – bąknął doktor i zamyślił się głęboko. – A co on tam u nas będzie robił? – Lekarz rozwiał wątpliwości nadgorliwej pielęgniarki, rozwiał też i moje, informując po chwili, że wszystko jest w porządku i mogę stawać w kolejce po zastrzyk.<br />
Tak też uczyniłem. A kiedy już usiadłem na taboreciku przy stole pełnym strzykawek, druga z kobiet zapytała, w którą wolę rękę. Wybrałem lewą, pani zdezynfekowała mi skórę, nabrała jakiejś tajemniczej cieczy i wbiła igłę. Ukłucie przetrzymałem po męsku.<br />
Z watką na ranie ustawiłem się przy drzwiach, gdzie czekało już sporo kolegów. Jako ostatni ugodzony został podchorąży Spławik, po czym on także dołączył do swoich. Całą gromadą wyszliśmy na korytarz, gdzie kumulowały się już dwa pozostałe plutony.<br />
Dopiero w pokoju zaczęło się z nami dziać coś niedobrego. Każdemu wystąpił ohydny rumieniec na twarz, zaczęło nas trząść i ogólnie ogarnęło nieznośne zimno. Za pozwoleniem podoficera oblekłem prędko koszulkę i moro, ale wciąż było mi zimno i zimno. Tuliliśmy się do kaloryferów, pomstowaliśmy na cholerną szczepionkę, będącą w istocie nie wiadomo czym. Kto wie, czy nie jakim testem, eksperymentem, próbą na bezimiennej masie. Nasze fantazje pobudzał podchorąży Pepper, snując przerażające opowieści o tajemniczych doświadczeniach medycznych przeprowadzanych na wojsku, o znikaniu żołnierzy i egzotycznych chorobach, ujawniających się na długo po zakończeniu przez nich służby. (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Inne przykłady wspomnianego na wstępie stanu ciągłej &#8220;niepewności, stresu i braku jakiejkolwiek informacji&#8221; &#8211; w tym umiejętnego &#8220;unifikowania&#8221; oraz &#8220;prania mózgów&#8221; &#8211; oczywiście już niedługo w kolejnych fragmentach.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/29/eksperyment-medyczny/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Poobiedni rozruch</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/15/poobiedni-rozruch/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/15/poobiedni-rozruch/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 15 May 2010 00:24:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=218</guid>
		<description><![CDATA[Starając się zachować dwutygodniowy rytm dodawania nowych wpisów prozatorskich, prezentuję dziś czwarty fragment powieści SPR. Oczywiście wciąż idziemy chronologicznie, poprzednia scenka opisywała zajęcia teoretyczne (a w zasadzie ich wycinek). Dalej w książce następują kolejno &#8220;przedobiednie&#8221; wykłady oraz ćwiczenia praktyczne plutonu (a więc po logistyce z kapitanem Logicznym i po jego problemach technicznych z rzutnikami: taktyka, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/pluton.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-219" title="pluton" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/pluton.jpg" alt="przemarsz pododdziału" width="300" height="200" /></a>Starając się zachować dwutygodniowy rytm dodawania nowych wpisów prozatorskich, prezentuję dziś czwarty fragment powieści <em>SPR</em>. Oczywiście wciąż idziemy chronologicznie, poprzednia scenka opisywała zajęcia teoretyczne (a w zasadzie ich wycinek). Dalej w książce następują kolejno &#8220;przedobiednie&#8221; wykłady oraz ćwiczenia praktyczne plutonu (a więc po logistyce z kapitanem Logicznym i po jego problemach technicznych z rzutnikami: taktyka, musztra na placu apelowym, wychowanie fizyczne oraz &#8211; odbywane już poza jednostką &#8211; strzelanie). Na zakończenie bloku ćwiczeniowego podchorążowie wracają na plac apelowy. Porucznik Karakan podsumowuje dzień, informuje o planach wieczornych i życzy smacznego. Następuje przemarsz na obiad, no a później pluton wraca na kompanię. Niestety nazbyt nonszalancko&#8230; Poniższy fragment jest częścią rozdziału 10. Nawiasem mówiąc rozdziałów będzie 24 (w aktualnie przygotowywanym przeze mnie II wydaniu). Coś jak symbolicznie podzielona na godziny, intensywna doba z życia podchorążego w kilskim SPR.</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) Oddaliśmy tace młodziutkim kuchcikom, przemyliśmy kubki i zeszliśmy na dół przed stołówkę. Słońce stało już nisko, za jakąś godzinę – może półtorej – ściemni się jak nic, tak sobie pomyślałem i leniwie dołączyłem do pierwszego szeregu. W ogóle – nie wiem z jakiego powodu – udzielił nam się wszystkim raptem nastrój jakiegoś takiego dziwnego rozluźnienia, względnie rozleniwienia. Nawet Czereśniakowi, od jakiegoś czasu nie poganiającemu jakoś nikogo z właściwym sobie zapamiętaniem. Jasna sprawa, że tego rodzaju nagłe rozluźnienia nigdy nie zwiastują niczego dobrego. Teraz prawdę już tę znam, ale powiedz to, bracie, zmęczonym chłopaczkom, co podjedli, popili i zamarzyli niepoprawnie, żeby tak uwalić się gdzieś na wyrze i podrzemać w ciszy choć te pół godziny.<br />
Uformowaliśmy niedbały dwuszereg, „w czwórki, w prawo zwrot!” wykonaliśmy jeszcze bardziej niefachowo, ruszyliśmy zaś w stylu, który zwyczajnie wołał o pomstę do nieba. Kapral trochę pogderał, ale i tak szliśmy zupełnie różnymi krokami. Ktoś bąknął coś o piosence, lecz zaraz został zakrakany i po dwóch wersetach spasował. Czereśniak nie zabrał wyraźnego stanowiska, też mu widać wszystko jedno było – bo pewnie również wyobrażał sobie ów gładziuteńki wóz oraz pół godziny czasu do zagospodarowania wedle własnego uznania.<br />
Dochodziliśmy tak sobie do linii, spod której na zajęciach z wychowania fizycznego następował sprinterski start, do tej samej linii, przy której rankiem zgarnął nas podstarzały chorąży i zażądał pozbycia się szalokominiarek, gdy wtem – zza tego samego winkla, dokładnie zza tego samego narożnika pralni – wyłonił się naraz z gracją major Demon. Postać niezwykle popularna, nie potrzebująca jakiejkolwiek rekomendacji – major Demon, po prostu on, we własnej osobie. Nic dodać, nic ująć.<br />
– Stać! – rozdarł się na cały regulator. – Stać! No, panie Czereśniak! Zatrzymaj pan to towarzystwo! Zatrzymaj pan ten pluton!<br />
Wyrównaliśmy błyskawicznie wszystkie czwórki, wyprężyliśmy się jak struny i prawidłowo ulokowaliśmy kubeczki na parcianych paskach. Niestety – za późno. A używając terminologii kulinarnej – coś jak musztarda po obiedzie.<br />
– Widzę, panowie – mówił major – że nauka idzie w las. Że nie umiecie maszerować, że nic nie umiecie. Że, jak Boga kocham, że nie nadajecie się do niczego. Nie potraficie maszerować, chociaż przysięga za pasem, co? No, panie Czereśniak? Słucham pana. Słucham pana wyjaśnień.<br />
Kapral, podobnie jak i my, również spuścił wzrok i w milczeniu przebierał z nogi na nogę.<br />
– Przepraszam, panie majorze – oznajmił w końcu ze skruchą. – To się więcej nie powtórzy.<br />
Smagły major o pofarbowanych, kręconych, kruczoczarnych włosach tylko ironicznie zachichotał. Przygładził mundur, który leżał na nim idealnie i – jak jakiś rzymski wódz – uniósł wysoko dłoń w skórzanej rękawiczce.<br />
– Wykonacie teraz, panowie – przemówił donośnie – biegiem na misia trzy pełne okrążenia wokół tego oto placu apelowego. Tak jest?<br />
– Rozkaz! – zapiał pospiesznie Czereśniak, dając jednocześnie znak Dupolizowi, by ten udał się na czoło kolumny.<br />
– Ale pan też wykona te okrążenia! – rzucił major do zamurowanego na amen kaprala i, ze stoickim spokojem, ruszył w kierunku żołnierskiej stołówki. – Przecież to pana pluton! – doleciało jeszcze gdzieś z tyłu.<br />
Nie wiem, czy oficer obserwował nas dalej, czy po prostu poszedł na obiad, bo nikt nie śmiał się odwracać. Skwaszony Czereśniak popatrzył na nas z wyrzutem, a potem – ustawiwszy się na czole – z ciężkim sercem zakomenderował:<br />
– Pluton baczność! Za mną, na misia biegiem marsz!<br />
Cwałowaliśmy śmiesznie wyrzucając to prawe ręce i nogi, to znowu lewe. Ale nieporadność kroku na misia nie była największą dla nas przeszkodą tego poobiedniego rozruchu, a fakt, iż zasuwać musieliśmy z pełnymi brzuchami. Przy kantynie coś mi zabulgotało, złapały mnie raptem nieprzyjemne mdłości i jakiś skurcz. Ze strachem w oczach trzymaliśmy się za żołądki i z ledwością zachowywaliśmy jako takie tempo. Minęliśmy drugi zakręt, potem stołówkę. Kręcili się tam już jacyś inni podchorążowie z kubkami i niezbędnikami. Wyprzedziliśmy nawet pluton trzeci, co powracał z posiłku. Początkowo docinali nam rubasznie, lecz gdy tylko pomocnik uzmysłowił im trzeźwo, za co i po co my tak w ogóle tutaj hasamy, od razu wyrównali ugrupowanie, mocniej przybili i podjęli z zapamiętaniem utwór &#8220;Serce w plecaku&#8221;.<br />
Więc wyminęliśmy ich w locie. Gdyśmy zbliżali się do palarni, ktoś z drugiej czwórki raptem wrzasnął, że już dłużej tak nie może, że już dłużej nie wytrzyma. Czereśniak nakazał zwykły marsz, ale okazało się, że i tak było za późno, gdyż koleś z przodu – ni mniej, ni więcej – zwymiotował sąsiadowi na plecy. Momentalnie, jak piłki, odbiliśmy się od śladów pomidorówki i nadtrawionego pulpeta. Kapral obejrzał się za siebie, pomyślał chwilę, aż w końcu zadecydował.<br />
– Na pododdział! – huknął. – Ale już!<br />
Rzuciliśmy się do drzwi, nikt nawet nie zająknął się o żadnym paleniu. Wbiegliśmy szybko na górę i poupychaliśmy w szafkach kubki. Spoczęliśmy na taboretach, po czym zadumaliśmy się nad prostym zapytaniem: zauważy czy nie? (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Ano tak&#8230; Pododdział został pogoniony. Normalka. W tym miejscu &#8211; plus minus &#8211; jest środek książki. Doba biegnie jednak dalej, więc i podchorążowie za bardzo liczyć na taryfę ulgową nie mogą, o odpoczynku z prawdziwego zdarzenia nie wspominając. Oczywiście z cytowania co ciekawszych fragmencików na razie nie rezygnuję. W kolejnych wpisach przedstawię jeszcze kilka dalszych scenek, należycie &#8211; mam nadzieję &#8211; oddających klimat powieści.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/15/poobiedni-rozruch/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Natalka</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/03/natalka/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/03/natalka/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 03 May 2010 18:23:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[news]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=209</guid>
		<description><![CDATA[Dokładnie tydzień temu, w poniedziałek 26 kwietnia (o godz. 12.33) urodziła się Moja Córeczka &#8211; Natalka! Jest cudowna! Cały ten mijający tydzień był szalony &#8211; i jak dla mnie bardzo intensywny. Ale wszystko się udało, jestem niezwykle szczęśliwy. Zostałem Tatą! Żoneczkę i Córeczkę przedwczoraj dopiero przywiozłem ze szpitala. Obie czują się świetnie &#8211; tak jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/dumny_tatus.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-210" title="dumny_tatus" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/05/dumny_tatus.jpg" alt="tatuś z Natalką" width="300" height="200" /></a>Dokładnie tydzień temu, w poniedziałek 26 kwietnia (o godz. 12.33) urodziła się Moja Córeczka &#8211; Natalka! Jest cudowna! Cały ten mijający tydzień był szalony &#8211; i jak dla mnie bardzo intensywny. Ale wszystko się udało, jestem niezwykle szczęśliwy. Zostałem Tatą! Żoneczkę i Córeczkę przedwczoraj dopiero przywiozłem ze szpitala. Obie czują się świetnie &#8211; tak jak ja. Moja stronka nie jest blogiem z prawdziwego zdarzenia (w sensie typowego pamiętnikowania), raczej o wydarzeniach artystycznych zamierzam tutaj pisać, no ale jednak tak radosny (i doniosły) news trudno przecież pominąć!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/03/natalka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zabezpieczenie logistyczne</title>
		<link>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/01/zabezpieczenie-logistyczne/</link>
		<comments>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/01/zabezpieczenie-logistyczne/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 30 Apr 2010 22:18:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[spr]]></category>
		<category><![CDATA[wspomnienia z wojska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.rafalsocha.pl/?p=199</guid>
		<description><![CDATA[Trzeci fragment powieści SPR zatytułowałem &#8220;Zabezpieczenie logistyczne&#8221;. Pluton po apelu i defiladzie trafia na zajęcia teoretyczne. Czyli tam, gdzie podchorążowie &#8211; przynajmniej teoretycznie &#8211; na szkółce bardzo dużo czasu spędzać powinni. Spędzać i zdobywać wiedzę, rzecz jasna. Jak z tym bywało? Ano różnie. Próbkę możliwości wykładowców prezentuje w miarę sugestywnie dzisiejszy fragmencik. Logistyka, zaaferowany kapitan, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/04/rzutnik.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-200" title="rzutnik" src="http://www.rafalsocha.pl/wp-content/uploads/2010/04/rzutnik.jpg" alt="rzutnik" width="300" height="200" /></a>Trzeci fragment powieści <em>SPR</em> zatytułowałem &#8220;Zabezpieczenie logistyczne&#8221;. Pluton po apelu i defiladzie trafia na zajęcia teoretyczne. Czyli tam, gdzie podchorążowie &#8211; przynajmniej teoretycznie &#8211; na szkółce bardzo dużo czasu spędzać powinni. Spędzać i zdobywać wiedzę, rzecz jasna. Jak z tym bywało? Ano różnie. Próbkę możliwości wykładowców prezentuje w miarę sugestywnie dzisiejszy fragmencik. Logistyka, zaaferowany kapitan, wygłodzeni i niedospani słuchacze, problemy techniczne&#8230; Standard. Fragmencik pochodzi z rozdziału 5 (uwzględniając mój zamiar podzielenia książki na części &#8211; co nastąpi w II jej wydaniu).</p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<blockquote><p>(&#8230;) Tyle co usadowiliśmy się w ławeczkach, wyjęliśmy z raportówek po służbowym ołówku i zeszycie, a do upstrzonego schematami czołgów audytorium wkroczył kapitan Logiczny. Obrzucił nas przenikliwym spojrzeniem, ale na więcej nie miał czasu, bo zerwał się do niego czym prędzej kapral Czereśniak i zastąpił drogę.<br />
– Baczność! – ryknął jeszcze na „dzień dobry”.<br />
Podnieśliśmy nasze zady i wyprężyliśmy ścięgna. Poprawiając maskę przy boku, obserwowałem bujną czuprynę Logicznego, wypolerowane oficerki i wyjątkowo niechlujnie poluzowany pas. Z takim pasem, u podporucznika Karakana, wyleciałby jak nic z każdego apelu.<br />
– Panie kapitanie! – piał nasz młody podoficer. – Starszy kapral podchorąży Czereśniak melduje grupę dziewięćdziesiątą szóstą gotową do zajęć. Stan grupy: trzydziestu, obecnych: trzydziestu, nieobecnych: zero. Na służbie&#8230;<br />
– Dziękuję – przerwał mu w końcu Logiczny. – Dajcie spocznij.<br />
– Rozkaz! – huknął Czereśniak i odwrócił sprężyście głowę. – Spocznij! – wrzasnął do nas tak, jakbyśmy znajdowali się gdzieś na drugim krańcu jakiegoś wielohektarowego pola. – Siadać! – dodał jeszcze po chwili, więc zajęliśmy na powrót nasze miejsca. Wraz z Wazkiem Dupolizem i Peterem Pepperem znalazłem się niemalże idealnie naprzeciw kapitana Logicznego, który dał łaskawe przyzwolenie Czereśniakowi, by ten cicho wymknął się na korytarz.<br />
Drzwi zamknęły się za naszym kapralem, a my w skupieniu przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Znaczy kapitan Logiczny zaspanym i głodnym podchorążym z podkrążonymi oczami oraz burczącymi brzuchami, a podchorążowie wysportowanemu i wypoczętemu oficerowi w lśniącym obuwiu oraz poluzowanym pasie.<br />
– No i jak? – Smagły oficer zagadał do nas pierwszy. Oczywiście nikt się nie odezwał. – Jak wam się podoba? – ciągnął Logiczny. – Jak wam się podoba w naszym sanatorium? Fajnie? Co?<br />
– Zajebiście – rzucił ktoś półgłosem.<br />
Logiczny zachował się konwencjonalnie, a mianowicie – nie dosłyszał uwagi. Podniósł się za to zza biurka i podszedł do rzutnika. Długo szperał coś przy wyłączniku, aż w końcu doszedł do wniosku, pstrykając bez efektu, że coś jest nie tak. Rozejrzał się po sali i wnet jakiś bardziej rozgarnięty podchorąży podpowiedział mu nieśmiało, iż wtyczka nie jest wetknięta w gniazdko. Kapitan złapał za kabel i przyciągnął końcówkę do siebie, a następnie wcisnął bolce w najbliższe gniazdo.<br />
W rzutniku coś zapiszczało, zajęczało, błysnęło i raptownie zgasło. Logiczny bez słowa przyglądał się martwej żarówce.<br />
– Chyba zwarcie? – zapytał po chwili nie wiadomo kogo. – Co?<br />
Jako że na sali – obok nauczycieli, prawników, artystów, ekonomistów, humanistów, językoznawców – przebywali też inżynierowie, oficer miał pełne prawo oczekiwać odpowiedzi.<br />
– Nie. – Znalazł się naraz odważny podchorąży. – Miał pan pecha i trafił na przepięcie.<br />
Logiczny zlustrował elektryka wnikliwym spojrzeniem, ale chyba ostatecznie uznał tę odpowiedź za rozsądne wyjaśnienie.<br />
– To spróbujemy z drugim? – zagadnął. – Co?<br />
– Myślę, że tak – oświadczył tamten podchorąży.<br />
Kapitan skinął na owego gorliwego asystenta, którym okazał się być podchorąży Ryś, i obaj prędko wyszli z audytorium. Siedzieliśmy początkowo w miarę cicho i grzecznie, ale po jakimś czasie, kiedy oficer nie powracał, paru kolegów zaczęło krążyć po sali. W końcu któryś z nich wyjrzał na korytarz, a po chwili wyskoczył z pracowni. Do pioniera dołączyli pozostali, więc w sali nieco się poluzowało.<br />
Po kilkudziesięciu sekundach zjawili się dwaj pierwsi podchorążowie z kawą. Reszta popatrzyła na nich z zazdrością, by raptem – jak jeden mąż – rzucić się do drzwi. Wraz z nurtem ludzkim wypłynąłem na szeroki przestwór korytarza, gdzie we wnęce – przy ławeczkach, stoliczku i ścianie z militarnymi obrazkami – znajdował się kawowy automat. Przed obliczem urządzenia kumulował się ogonek chłopaków, z napięciem wydobywających rozdrobniony bilon.<br />
Ustawiłem się prędko pod koniec kolejki. Posuwała się ona sprawnie i szybko, bo mieliśmy już wpojone działania skuteczne i zdecydowane. Z trwogą zerkaliśmy w głąb korytarza, ale przemożne pragnienie skorzystania z używki przewyższało skromne obawy o ewentualną reakcję kapitana Logicznego.<br />
Nie mam pojęcia, ile mogło trwać nasze nabywanie gorącego napoju. Dość powiedzieć, iż wszyscy chętni zostali załatwieni pozytywnie. Wracaliśmy chyłkiem do sali i zajmowaliśmy opuszczone miejsca, a z dwudziestu paru kubeczków unosił się zgodnie dymek aromatycznej pary. Tu i ówdzie słychać było znaczące siorbanie. Gimnastykowałem umysł, parząc palce oraz podniebienie, jak tu ukryć swą zdobycz przed prowadzącym wykład oficerem. Póki nie wracał, sprawa była prosta, ale wypić cały wrzątek w minutę czy dwie – to już nie wchodziło w grę. Należało znaleźć schowek, zanim powróci kapitan. Sądzę, iż podobnie kalkulowała sobie znakomita większość podchorążych, gdyż oficerowie różnie reagowali na widok kawy – czy w ogóle napojów – u podchorążych. Jedni zauważali, że skoro sami niczego nie pijają, tak i my nie powinniśmy, inni w ogóle wyrzucali z zajęć razem z ową kawą, jeszcze inni pozwalali siorbać – jednakże z zastrzeżeniem, aby opróżnione kubki lądowały później w koszu, a nie walały się po sali. To trzecie podejście było oczywiście najbardziej ludzkie i muszę przyznać, iż nie takie rzadkie. Myślałem sobie wtedy, że chyba sami wykładowcy co nieco pamiętają ze swej młodości, wiedzą jak to jest chodzić przez szesnaście – albo i więcej – godzin na pełnych obrotach, stąd też takowa taryfa ulgowa. Z reguły im wyższy stopień, tym bardziej liberalne preferowali zasady, choć oczywiście żadna to była prawidłowość. Ale nie przypominam sobie, by jakiś pułkownik zachował się nieelegancko i wyrzucił kogoś z kawą.<br />
No właśnie. Niestety kapitan Logiczny zaliczał się do grupy pierwszej. Czyli nie tolerował popijania, lecz można jeszcze było – pozbywszy się kubka – wrócić na zajęcia. Posiadanie kawy nie równało się u niego nieobecności i późniejszego zaliczania, więc być może dlatego tak ochoczo decydowaliśmy się na zakup przedpołudniowego specyfiku, który wszakże trzeba było skrywać. Mieliśmy jednak trochę szczęścia, bo okazało się, iż kapitana całkowicie pochłania sprawa rzutnika, bez którego oczywiście żadne zajęcia nie mogłyby się odbyć.<br />
Wrócił do sali i z przejęciem dyrygował podchorążym Rysiem, który z kolei przytachał jakąś ogromną walizę. Logiczny polecił mu usunięcie starego urządzenia z przepaloną żarówką i ustawienie na jego miejscu zdobycznej walizy. Następnie podniósł klapę, wyciągnął ze środka biały kabel i przez ułamek sekundy ważył go w dłoni.<br />
– To co? – zapytał wreszcie Rysia. – Włączamy?<br />
– Tak, panie kapitanie – potwierdził inżynier elektryk. – Miał pan pecha, ale teraz powinno być już dobrze, powinno być okej.<br />
Logiczny pooglądał jeszcze trochę białą wtyczkę, by w końcu wetknąć ją do gniazdka. W walizce znowu coś pisnęło, jęknęło, błysnęło i raptownie zgasło. Kapitan skrzywił się z niesmakiem.<br />
– Ja tego elektryka muszę porządnie pogonić – rzekł niepocieszony. – Tak nie może być. Kto za to zapłaci?<br />
– Ale panie kapitanie – podjął wystraszony Ryś. – Ja to panu zaraz wytłumaczę, wytłumaczę naukowo&#8230; Ma pan niesamowitego pecha&#8230; Jak pan spojrzy na sinusoidę, to&#8230;<br />
– Nie pana pogonię – przerwał mu głośno Logiczny. – To nie pana wina.<br />
Nasz kompan odetchnął sobie z ulgą, ale postanowił nie osiadać na laurach.<br />
– Gdyby pan kapitan miał jeszcze jeden rzutnik – rozpoczął nieśmiało – to moglibyśmy spróbować z innym gniazdkiem&#8230; Teraz już powinno być okej&#8230; Naprawdę&#8230;<br />
– Zobaczymy – zamyślił się Logiczny. – Może ktoś pożyczy. – Zatrzasnął klapę walizy i wręczył ją Rysiowi. – Wy tu czekajcie – mruknął do nas – a my z kolegą podchorążym zaraz wracamy.<br />
Wyszli na zewnątrz, myśmy natomiast rzucili się z radością do naszych – leciuteńko już przestudzonych – kaw. Wypiłem prędziutko całą zawartość, wyrzuciłem szybciutko plastikowy kubeczek do kosza na śmieci i powróciłem na swoje miejsce. Inni także uwinęli się migiem, więc już pokrzepieni, zadowoleni i weselsi – jak gdyby z bardziej pozytywnym nastawieniem – zaglądaliśmy do zeszytów, by odświeżyć coś tam jeszcze sobie w głowie z szerokiego zakresu zabezpieczania logistycznego wojsk.<br />
Przebiegałem wzrokiem notatki o ilości, jakości, miejscu, czasie, technice, materiałach, medycynie, transporcie, środkach bojowych, ewakuacji rannych, grzebaniu poległych i zmarłych, gdy w sali ponownie zjawił się kapitan Logiczny z podchorążym Rysiem. Tym razem przynieśli ze sobą jakieś ogromne pudełko, które ustawiono na miejscu walizy. Oficer porozcinał scyzorykiem taśmę, rozerwał boki pudła i obnażył dziwaczne urządzenie. Przypominało nieco rzutnik, chociaż jakiś taki futurystyczny. W każdym razie, po staremu, posiadało kabel, posiadało też i wtyczkę, więc kapitan, westchnąwszy sobie głośno, zbliżył się do gniazdka. Podchorąży Ryś zaproponował, by teraz już nie włączać tam, gdzie było zwarcie, lecz spróbować lepiej do innego. Kapitan z uwagą wysłuchał opinii eksperta, po czym, z kamiennym obliczem, wsadził bolce w inny otwór.<br />
Czekaliśmy chwilkę, coś jakby pisnęło, jęknęło, błysnęło, ale już nie zgasło. Futurystyczny rzutnik rozpalił się pełnym blaskiem, a kapitan głośno odetchnął. (&#8230;)</p></blockquote>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p>Dalej następuje już właściwy wykład kapitana Logicznego, z logistyką bardzo luźno jednak powiązany&#8230; Ale o tym dokładniej w książce.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.rafalsocha.pl/2010/05/01/zabezpieczenie-logistyczne/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
